Das Monikafieber, niem. gorączka Moniki, gorączka monikująca. Gorączka, na którą zapadają Moniki lub stworzenia im podobne. Zob.też: Geistfieber. Monikafieber leczona może być z pomocą Anny Freud.
poniedziałek, 16 maja 2011
Świat stawia opór
niedziela, 1 maja 2011
Gorączka sięga zenitu
niedziela, 17 kwietnia 2011
Dlaczego powiedzieć "nie mam czasu" znaczy "nie istnieję"?
| Salvador Dali, "Trwałość pamięci" |
poniedziałek, 21 marca 2011
Dlaczego można bać się zaparzać herbatę.
poniedziałek, 14 marca 2011
Moc woli
niedziela, 27 lutego 2011
zmiany, zmiany!
niedziela, 20 lutego 2011
test rzeczywistości
Czasem świat zakręca. Wtedy, ze strachu przed olbrzymią prędkością jego ruchu, zamykam oczy. Gdy otwieram je ponownie zdarza mi się, że przez ułamek chwili patrzę na siebie od tyłu. Widzę wtedy swoje plecy, jedną z niewielu części ciała (należą do nich także oczy i twarz) których nie można zobaczyć w samym sobie. Wykorzystuję tą prawidłowość jako test rzeczywistość. Zasady są proste. Najpierw zadaję sobie pytanie: czy mogłabym zobaczyć teraz swoje plecy? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” – wszystko w porządku, to co widzę jest realne. Odpowiedź „tak” – jest powodem do niepokoju.
Dlaczego o tym piszę? Otóż wczoraj zobaczyłam swoje plecy i nie mogę oderwać od nich wzroku.. zawołałam się po imieniu, a „ja-na-którą-patrzyłam” odwróciła się. Stanęłam przed sobą tak, jak staję się przed drugim człowiekiem. Bez pośrednictwa tafli lustra. Bez zimnej, nieczułej protezy stworzonej przez cywilizację po to, aby człowiek mógł bez końca kreować kolejne swoje wizerunki. Odbicie w lustrze jest bezkrytyczne. Możesz mu odjąć lub dodać kilka lat życia. To możliwe, przecież ono nie żyje naprawdę. Możesz podnieść jego kąciki ust i nazwać ten grymas uśmiechem. To możliwe, ono nie zna radości ani smutku. Możesz patrzeć na nie tak długo, aż przywiążesz się do niego, aż się z nim utożsamisz. To możliwe, w końcu po to zostały stworzone lustra. Sens ich istnienia jest prosty: sprawić abyś uwierzył, że „ten-na-kogo-patrzysz” jest tobą. Sprawić abyś myślał, że w tobie nie ma nic więcej, nic dalej, żadnej drugiej strony, żadnych pleców. Jeśli w to uwierzysz będziesz mógł, w zależności od potrzeby być: młodszy lub starszy niż jesteś; szczęśliwszy lub bardziej smutny. Tylko czasem, na zakręcie świata zdumiony zdołasz spojrzeć na siebie od tyłu. To, co wtedy zobaczysz nie będzie realne. Czy będzie prawdziwe?
środa, 16 lutego 2011
Czarodziejska góra
poniedziałek, 14 lutego 2011
warszawska starówka
Przechadzam się między jej kamienicami, słyszę odgłos kroków i myślę o gorączkowo rozbiegających się mieszkańcach wojennej Warszawy. Myślę o ich strachu, o rozpaczliwym poszukiwaniu azylu. Miejsca, w którym bycie warszawiakiem nie byłoby wyrokiem śmierci. Patrzę na włazy studzienek kanalizacyjnych i stają mi przed oczami sylwetki wychudzonych, brudnych, drżących z przerażenia żydowskich powstańców getta. Czy jest jeszcze jakieś miejsce na świecie w którym kanalizacja kojarzyłaby się z heroiczną walką i cudem ocalenia? Przechodząc uliczkami starego miasta słyszę za sobą głośny turkot. Moja wyobraźnia stwarza sylwetkę żołnierza strzelającego z karabinu. Zza jego pleców stopniowo wyłania się druga postać: kobieta ciągnąca coś z wyraźnym wysiłkiem. Taczki z dobytkiem wyniesionym z ruin zbombardowanego domu? Dziecięcy wózek pełen rzeczy nieżyjącego już niemowlęcia? Podróżną walizkę na kółkach z naklejką z warszawskiego lotniska - podpowiada mi rzeczywistość. Pod Zamkiem Królewskim, często, szczególnie zimą przesiaduje pewien saksofonista. Z instrumentu przy każdym dźwięku wydobywa się słup ognia. Czy taki właśnie ogień splądrował zamek? Czasem, zaczerwieniona mrozem twarz muzyka wydaje mi się być obliczem marsowego boga. Boga panującego w tym miejscu zaledwie 70 lat temu. Wracającego aby zobaczyć czy powojenna warszawa dobrze opiekuje się jego rezydencją. Chodzę po warszawie i patrzę na podniesione z gruzów miasto. Myślę o zmartwychwstaniu. Myślę o życiu które opuściło kamienie i ponownie napełniło je sobą. O przemianie gruzów w domy, kamienice, kawiarnie i sklepy. O dokonującej tej przemiany, niestrudzonej sile (s)tworzenia.
niedziela, 13 lutego 2011
wraszawa
Zielony, cichy, malowniczy Muranów, przytulony do obrzeży warszawskiej starówki jest mój. Jednak sąsiadująca z nim Wola, pełna robotniczych osiedli, wysokiej, zasłaniającej horyzont zabudowy, unicestwiona przez boga wojny i ponownie powołana do życia po roku 1945, moja już nie jest. Nie znam jej, gubię się w sieci ulic, potykam o rozsiane linie tramwajowe. Z jej licznego potomstwa znam z imienia tylko jedną córkę, ul. Górczewską. Nasza znajomość jest jednak bardzo powierzchowna. Imiona reszty rodzeństwa: ulic, placów i skwerów brzmią dla mnie zupełnie obco. Z "niemoją" Wolą sąsiaduje Ochota. Leżące w jej sercu Pola Mokotowskie, lotnisko, hale handlowe, najbardziej zapętlona w stolicy linia 157, Plac Narutowicza, i zniszczony wojną kościół św. Jakuba. To wszystko moje strony, moje autobusy, moje place, znajome mi drzewa, przyjazne twarze budynków. Dalej łączące Muranów i Ochotę Śródmieście. Zdefiniować można je przez jedno miejsce, warszawcy studenci nazywają je „niecką”. Niecka jest płaską, betonową powierzchnią, wielkości ok. 30 m2. Naprawdę nazywa się chyba „stacja metro-centrum”. Piszę „chyba”, ponieważ „niecka” od dawna i powszechnie używa swojej ksywki, a jej prawdziwe imię powoli odchodzi w niepamięć. Typowy dla niej jest nieustający gwar, wielobarwność strojów przemierzających ją przechodniów, ruch, a przede wszystkim pośpiech. Wieczne „5 min. temu”, „za 5 min.”, „zaraz będę”, „już dojeżdżam”, „przepraszam ale trochę się spóźnię”. Niecka zakrzywia czas. Przebywając w niej można być za wczesnie albo za późno, ale nigdy nie jest się w samą porę. Wreszcie nowe Stare Miasto. Fenomen na skalę Polski, Europy, a może nawet świata. Nowe bo zbudowane po wojnie. Stare, bo przypominające to czym było pomiędzy istnieniem jako kupa kamieni, a istnieniem jako kupa gruzów, czyli, też kamieni. Stare miasto też jest moje, nawet bardzo, bo jest moje-ulubione. c.d.n.
piątek, 11 lutego 2011
A tak sypią się plany!
Zamiast romantycznego tygodnia spędzonego na wyjściach do kina, muzeów, teatru, opery, zostało mi...sprzątanie, gotowanie, warowanie. Dlaczego? Bo mama sobie kość w stopie złamała i trzeba było zmienić priorytety. Opieka nad zagipsowaną mamą wyparła wszystkie plany. Źle się stało? Źle, że ją to spotkało. A że sypnęły się plany? Trudno! Przyjdą nowe.
W obliczu takich doświadczeń, tj. cierpienia bliskiej osoby, można w sobie zaobserwować ciekawe zmiany. Najpierw strach, potem strach, a na końcu myśl "będzie dobrze". Póki to nie Monikafieber, to jeszcze nie koniec świata! Choć przyznać trzeba, że niemożliwość zaradzenia takiemu cierpieniu jest uciążliwa i wywołuje ogromne poczucie bezradności. Można upiec tartę jabłkową, zrobić kawę, zabawiać rozmową- tylko tyle. Bólu znieść nie sposób...
Kształcę się więc w sztuce kulinarnej, co mi i innym z pewnością na dobre wyjdzie:) (Może nie do końca na dobre, jeśli wziąć pod uwagę wagę osobników, których żywię:D ).
I obmyślam plany na nowy semestr:)
niedziela, 23 stycznia 2011
Zanotowano wzrost gorączki!
środa, 19 stycznia 2011
moja drukarka ma humory!
I ja się pytam, jak tu nie zwariować?!?!?!
Ja rozumiem, że szczęście jest kobietą. Bo zmienne.
Zgodzę się też, że prawda jest kobietą. Bo nie wolno jej bezwstydnie obnażać.
Ale żeby jeszcze drukarka była kobietą? Bo ma humory?
Tego już za wiele!
I ja się pytam, gdzie się podziali prawdziwi mężczyźni?!?!?!
(albo chociaż jacykolwiek?!)
Bo jak tak dalej pójdzie, to siądę przy kominku w szlafroku i zwątpię w istnienie świata.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
dopokąd idę
niedziela, 16 stycznia 2011
"co będzie, kiedy już będę dorosły?"
Kiedy jest się młodym, lubi się marzyć "co będzie, kiedy już będę dorosły". W miarę jak czas upływa, wymarzona wcześniej "dorosłość" zaczyna się dziwnie od nas odsuwać, tak że wciąż jeszcze nie jesteśmy dorośli, a przecież dziećmi już też przestaliśmy być. Poruszamy się w świecie ciągle mając nadzieję na to, że kiedy przyjdzie TEN moment, coś się zmieni, świat będzie inny, wreszcie marzenia się spełnią, ogólnie będzie nam się żyło lepiej (czy nie po to składamy sobie tysiące życzeń przy różnych okazjach?). Żyjąc w takim nastawieniu, gdyby nawet TEN moment nadszedł, nawet byśmy go nie zauważyli! A przecież TEN moment w ogóle nie ma prawa nadejść, on cały czas TRWA. Tu i teraz się coś wydarza, zmienia.
Projektując przyszłość łatwo można zagubić teraźniejszość. Rozmawiamy o tym, co będzie, a nie o tym, co jest. A przecież żeby porządnie coś zaplanować, potem podjąć decyzję i zacząć ją realizować, trzeba mieć dobrze zbadany grunt pod stopami. To znaczy: mierzyć siły na zamiary, znać swoje przyzwyczajenia, podejście do życia, poruszać się w świecie w miarę sprawnie. Bez racjonalnego spojrzenia z dystansu (na ile tylko ten jest możliwy) na otaczający świat nie da się dobrze czegoś zaplanować. Tyle że takie spojrzenie przeczy tzw.ideałowi "gorącego serca", czyli: "angażuję się w spełnianie swojego marzenia natychmiast i na 100%, bo inaczej to bubel, a nie realizowanie postanowień". Owszem, gorące serce jest potrzebne, kiedy mowa o podejmowaniu decyzji, ale plany na nim ciężko oprzeć, bo mogą runąć równie gwałtownie, jak zostały podjęte.
Jak żyć, żeby nie traktować teraźniejszości jako uciążliwego, choć koniecznego etapu przejściowego do lepszej przyszłości? Rozsądek podpowiada mi bardzo proste rozwiązanie: uczyć się cieszyć codziennością, szukać wszędzie piękna, małych radości. Wtedy nie trzeba będzie uciekać w świat wyidealizowanych projektów czy odrywać się od "szarej rzeczywistości", bo dla nas ona będzie bardzo kolorowa:).
piątek, 14 stycznia 2011
O marzeniach i planowaniu
Nieśmiało się buntuję przeciw takiemu stawianiu sprawy. Dlaczego boimy się mówić o swoich planach (albo udajemy, że ich nie mamy?)? To nic, że zmieniają się tysiąc razy na minutę, że za tydzień możemy mieć zupełnie inną wizję swojej przyszłości, ale przecież warto marzyć!
Czym byłoby nasze życie bez marzeń? Bez celów, które absolutnie i koniecznie trzeba osiągnąć?
Może ta niechęć do rozmowy o planach bierze się ze strachu, że nie podołamy. Wyznaczymy sobie cel, ale świat nie pozwoli nam go zrealizować, i wtedy: "co ludzie pomyślą?". Tylko: co z tego, co ludzie pomyślą! Może to nie strach przed ludźmi, ale przed sobą samym, że nie spełniam stawianych sobie wymagań? Jednocześnie: jak dążyć do czegoś, co jest tylko mglistym zarysem nie-wiadomo-jakiego celu? (Może boimy się, że ktoś inny zabierze nam nasz cel? Ale jak można komuś odebrać jego cel?!) Jak się rozwijać, nie wyznaczając sobie żadnych punktów dojścia?
Kiedy przeprowadzałam się z rodzicami do innej miejscowości, do nowego domu, tata powtarzał: "nie mów jeszcze nikomu, bo będą zazdrościć". Ten strach przez zazdrością może być nazwany "realistycznym podejściem do życia", może się przebierać w błyszczące "zdroworozsądkowe" szaty i niepostrzeżenie wkraczać w nasze życie.
Paraliżującemu strachowi mówimy zdecydowane: nie!
Myślę, że z takim strachem nieustannie trzeba walczyć. Łatwo dać sobie wmówić, że wszyscy wokół mi źle życzą i tylko czekają na moje potknięcie, na to, że nie dojdę tam, dokąd zamierzałem. Ale wtedy życie ma barwy szarości i nagle robi się bardzo smutne. A przecież marzenia są takie kolorowe!:)
czwartek, 13 stycznia 2011
home alone
Można się snuć po domu jak cień, ale też nie za długo, bo się człowiek męczy i kaszle tak, jakby chciał wypluć płuca.
Wszystko to uświadamia jedną rzecz: gdyby tak mieć spędzić całe życie, wracając do pustego mieszkania, co to byłoby za życie? Bez gwaru wokół, śmiechu, płaczu, rozmów...Brr. Bardzo smutne.
Trudno się dziwić, że ludzie mieszkający długo samotnie dziwaczeją. A nie daj Boże zajmują się dodatkowo naukami takimi jak filozofia. Wtedy to już obłąkanie pewne jak nic!
I skąd to wszystko? Może człowiek sam sobie tworzy takie więzienie z własnych myśli? Dlaczego tak trudno być ze sobą w ciszy przez dłuższy czas? Z perspektywy dialogizującej można odpowiedzieć, że kiedy jesteśmy sami, zżera nas własne ego, bo żaden błysk relacji nie przerywa naszej egzystencji. Jednak chyba nie do końca o to chodzi: będąc samemu w domu, wciąż uwikłanym się jest w różne relacje. No tak, ale przecież nie ma spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Więc może i zżera nas to własne ego. Wtedy stoi się przed samym sobą i nie ma się do kogo uciec od siebie.
Bycie ze sobą przez chwilę jest najzupełniej pożądane, ale kiedy trwa zbyt długo, jasne jest, że potrzeba towarzystwa: w przeciwnym razie język przyrośnie do gardła i będą nici z rozmawiania!
(Jak będziecie odwiedzać osobę chorą na Monikafieber przynieście coś do odkurzania pajęczyn z otworu gębowego.)
PS Jedną z przyczyn Monikafieber jest czytanie "Tako rzecze Zaratustra" lub innych dzieł Nietschego. A już na pewno przypowieści o cnocie zmniejszającej!
środa, 12 stycznia 2011
das Monikafieber
Kiedy popada się w Monikafieber, łatwo można zapaść na gorączkę ducha. Za dużo czasu spędza się samemu w łóżku, kaszel nieudolnie próbuje przerwać gonitwę słów, przez głowę przebiegają nieuczesane myśli, czasem wpadnie ktoś z różą (ale i tak gorączka pozostaje).
Człowieka dopada pascalowska nuda! Wierci i kręci się w tym łóżku, przewraca z boku na bok, włącza kolejny odcinek serialu, a myśli i tak płyną swoim torem. Kiedy zamknie się oczy, odczuwa się dziwny niepokój, coś dręczy i męczy od środka, pozwala zasnąć jedynie urywanym snem.
Monikafieber różnie w literaturze była nazywana. Z przyczyn oczywistych preferujemy terminologię Kierkegaarda, np. "przez szczelinę ucieka duch". Zjawisko po wielokroć opisywane i przeżywane.
Idzie się do lekarza i szczelina ma zostać zalepiona. Ale jak wiadomo: jedna róża gorączki nie usunie!(Zawsze to jednak jakiś plaster.)
Zaleca się więc nie chorować na Monikafieber, skutki mogą być nieoczekiwane. Jeśli się już zachorowało, zawsze można popaść w lekką odmianę obłędu, lekkie szaleństwo zapewne złagodzi skutki gorączki.
Poza tym zaleca się pić wodę z miodem, kiedy gorączka fizyczna się uspokaja, do zwalczenia pozostaje jedynie gorączka ducha.
Po co ta Geistfieber? Ku przebudzeniu!
"Nie rozbudzajcie (...) póki nie zechce sama."

