poniedziałek, 16 maja 2011

Świat stawia opór

Fieber ma to do siebie, że dopada wszelkie możliwe byty, osacza je i przywraca do pionu. Czasem jednak natrafia na przeszkody, materia stawia opór. Ostatnio nawet coraz częściej. Świat okazuje się być wrogi gorączce. 

Powiadają, że odczucie oporu to jeden z przejawów istniejącej rzeczywistości. Dopiero czując napór stwierdzamy, że jesteśmy w świecie (in-der-Welt-sein). Materia stawia opór duchowi (Geist). Człowiek poprzez swą wolę działa na świat, a świat temu działaniu się nie poddaje. Co więcej, w świecie daje o sobie znać pierwiastek ciemny, nieogarniony, nieopanowany, mroczny. Światło nie jest go w stanie przeniknąć. Czasem wygląda to tak, jakby światem rządziła shopenhauerowska wola, a człowiek nijak nie potrafił sobie z nią poradzić. 


Codziennie Fieber zmaga się z takim światem, usiłując go rozgorączkować, u-duchowić. 

Świat stawia opór. I wtedy rozlega się rozdzierający ducha krzyk.

niedziela, 1 maja 2011

Gorączka sięga zenitu

Są takie chwile w egzystencji Fieber, że pulsowanie choroby zaczyna sięgać zenitu. Zwykle nagłe skoki temperatury biorą się z samego faktu gorączki, nie potrzebują żadnych katalizatorów z zewnątrz. Dziś jest inaczej, dziś czynnik zewnętrzny zrobił swoje i doprowadził do wrzenia. Nie wiadomo już, czy ogień podsycać, czy gasić i kto w ogóle powinien to zrobić. Gorączka jak gorączka- taka jej natura, że parzy. 

Czasem przekracza granice i spada na kogoś innego. I nie wiadomo, czy już narusza jego autonomię, czy jeszcze nie. Nie wie, na ile może ingerować. Czy jej jednostki mierzenia są takie same, jak nowego osobnika, którego dotyka. Czy są w tej samej grze językowej? Albo, co więcej- aksjologicznej? Nie wiadomo, wszystko się miesza, paruje, wrze, kipi, trudno odróżnić dwa niezależne podmioty...

Fieber się pogubiła. Zjada siebie samą za sprawą czynnika obcego. I nie wie, na ile może w ten czynnik zewnętrzny zaingerować. Bo wokół stoją Obserwatorzy, tacy niby to niezaangażowani, ale to tylko dlatego, że nie mają pojęcia, co się wokół rozgrywa. I Fieber nie wie: powiedzieć im, zarazić ich tą gorączką, czy zostawić w spokoju, bo i po co im wysoka temperatura. Oni się są ze świata Fieber, im Fieber nie pomoże, a czy zaszkodzi? Nie wiadomo.

Za dużo niewiadomych wokół Fiebra, za dużo, viel zu viel. I gubi się Fieber pośrodku gorąca, które sama wytwarza. Wróć- tym razem wytworzył je ktoś inny, a Fieber nie ma zielonego pojęcia, jak sobie z tym nieoczekiwanym wybuchem poradzić. 

niedziela, 17 kwietnia 2011

Dlaczego powiedzieć "nie mam czasu" znaczy "nie istnieję"?

Salvador Dali, "Trwałość pamięci"

Domeną naszego życia codziennego jest powtarzane wciąż stwierdzenie: „nie mam czasu”. Mówimy: „nie mam czasu na spacer”, „na spotkanie”, albo po prostu „nie mam na nic czasu”. Przyzwyczailiśmy się do takiego traktowania sprawy i nie widzimy w tym nic dziwnego. A jeśli się przyjrzeć temu twierdzeniu bliżej, okazuje się, że jest zupełnie bez sensu!

Rozważania o naturze czasu w filozofii obecne były od dawna. Najsłynniejsze analizy pochodzą bodajże od św. Augustyna, z XI księgi „Wyznań”: „Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem. Z przekonaniem jednak mówię, że wiem, iż gdyby nic nie przemijało, nie byłoby czasu przeszłego. Gdyby nic nie przychodziło nowego, nie byłoby czasu przyszłego. Gdyby niczego nie było, nie byłoby teraźniejszości.” Ogromny nacisk na problematykę czasu z punktu widzenia antropologii kładła fenomenologia (Husserl), filozofia egzystencji (Heidegger), aż wreszcie przyszedł Levinas. Myśliciele tworzyli podziały, schematy, podawali niezliczone przykłady. Czas jest tak głęboko wpisany w nas, że w swoim życiu bez trudu odnajdziemy potrzebne do dalszych analiz czasu doświadczenia.

Kiedy myślimy o czasie, od razu przychodzi nam na myśl zegar. Wszędzie otaczają nas zegary: na ścianach w pokojach, w urzędach, na wieżach kościołów, na rękach. Nałogowo patrzymy na komórkę, żeby sprawdzić, która godzina, „aby się nie spóźnić”. Żyjemy w zegarowej wykładni czasu. Tak rozumiany czas jest czasem obiektywnym, to znaczy: zawsze możemy dostroić swoje zegarki, ustalić dokładną godzinę, dzięki niemu zagadnięta osoba na ulicy odpowie nam na nieśmiertelne pytanie „która godzina”. Tym czasem posługujemy się kiedy planujemy spotkania, zadania do wykonania, kiedy uczymy się o wydarzeniach z przeszłości. Możemy o nim z powodzeniem i dokładnością rozmawiać z innymi.

Patrząc na czas w ten sposób, mogło by się wydawać, że ten zegarkowy czas jest najbardziej podstawowy. Z drugiej jednak strony każdy z nas zna to uczucie, kiedy czas dłuży się niemiłosiernie, a wskazówki zegara poruszają się zdecydowanie za wolno. Kiedy siedzimy na nudnym wykładzie i zerkamy co chwilę na zegarek, wydaje się nam, że pomiędzy jednym a drugim zerknięciem minęło 20 minut, a wskazówki jak nic krzyczą: 5 minut! Kiedy spotykamy się z kimś bliskim, czas wydaje się biec zdecydowanie za szybko; 5 godzin ucieka jak godzina. Dziwimy się w takich sytuacjach, jak to możliwe, że świat „nie rozumie”, że czas biegnie „w rzeczywistości” zupełnie inaczej, niż pokazują wskazówki. Świat nie rozumie, bo świat posługuje się wykładnią czasu obiektywnego. My doświadczamy często tak zwanego czasu subiektywnego, wewnętrznego. W nim myślimy, rozpamiętujemy, marzymy. Jest to czas, o którym mówić w sposób ścisły się nie da.

Niektórzy filozofowie twierdzą, że te dwa wymiary czasu nie wyczerpują zagadnienia, że jest jeszcze trzeci wymiar, który umożliwia zarówno zewnętrzne, jak wewnętrzne doświadczenie czasu. Mówią, że tylko dzięki temu, że my jesteśmy czasem, że jesteśmy zbudowani z tkanki czasu, że jesteśmy „przytomni”, „świadomi” czasu, możemy  o czasie mówić, poznawać go. Jako ludzie dysponujemy pewnym pierwotnym doświadczeniem czasu, które z czasem może przybierać postać czasu subiektywnego czy obiektywnego. To przedrozumienie czasu obejmuje tez odczuwanie „wcześniej”, ”później”. Jest to warunek możliwości wszelkiego innego doświadczenia, schematyzacji, kategoryzacji czasu.

Jeżeli my naprawdę jesteśmy czasem, to kiedy wypowiadam słowa „nie mam czasu”, mówię „nie istnieję”! J

poniedziałek, 21 marca 2011

Dlaczego można bać się zaparzać herbatę.

Czy zdał ktoś sobie kiedyś sprawę tego, że w każdym momencie, kiedy dokonujemy postanowienia etycznego (że tak wspomnę Arystotelesa a co!) tudzież podejmujemy decyzję, dajemy świadectwo swojej hierarchii wartości? Decyzja jest zawsze wyborem czegoś, a wybór jednego pociąga za sobą odrzucenie czegoś innego (choćby chwilowe ale jednak odrzucenie). Jeśli jesteśmy racjonalni, wybieramy to, co uważamy za lepsze. Ergo: za każdym razem zdajemy sprawę z naszych sądów aksjologicznych. 

Jakby tak spojrzeć na te nasze wybory sub specie aeternitatis, to można by wykreślić zasadniczy kierunek, w jakim toczyło się do tej pory nasze życie. I być może- jak się będzie toczyć. 

Wydaje mi się, że takie postawienie sprawy rzuca inne światło na to, co ze swoim życiem robimy. To znaczy: możemy łatwo zaobserwować, jak sami wytyczamy sobie swoją przyszłą ścieżkę. Patrząc na to, co dotychczas wybieraliśmy, możemy się o sobie wiele dowiedzieć. (Swoją drogą, nie wiem, czy chcę wiedzieć, co to mówi o mnie, jeśli wybierałam oglądanie serialu zamiast zgłębiania Etyki Nikomachejskiej :D ) 
Pytanie za sto punktów: czy zatem istnieją w ogóle neutralne czyny? Z jednej strony lekkim absurdem jest przypisywanie zaparzaniu herbaty wartości aksjologicznej; z drugiej- może jednak nie jest? (no dobra, na zdrowy rozsądek to jednak jest absurd) Może jednak nie jest, bo: wprawdzie chodzi o ogólne ukierunkowanie swego życia, ale przecież owo ukierunkowanie realizuje się w pojedynczych czynach, które to czyny również wytyczają ogólny kierunek życia (takie małe błędne koło, ale jednak pozornie błędne).

Masz Ci los! Od dziś będę się bać nawet zaparzyć herbatę. Nie mówiąc już o tak bardzo etycznym i wielkiej wagi czynie jak przygotowywanie kawy!

poniedziałek, 14 marca 2011

Moc woli

Kiedy czyta się Nietzschego "Tako rzecze Zaratustra", to fakt- zwykle stawia się na miejscu tego lepszego człowieka, tego, który ma siłę, wolę, jest niezależny, potrafi robić dobry użytek z wolności. Jak wiadomo, Nietzsche poddawał krytyce życie tzw. małych ludzi, "umiarkowanych", nijakich; takich, którzy o wolności mówią, o nią się dopominają, ale wcale nie umieją się z nią odpowiednio obchodzić. Są zbyt słabi na to, żeby wziąć życie w swoje ręce (więc dobrze, ze tego nie robią; lepiej, żeby ktoś inny, mądrzejszy, ich poprowadził).

Człowiek czyta sobie tę nietzcheańską krytykę ludzi fałszywych, słabych, i czuje się lepiej, że on to przecież taki silny jest, że potrafi decydować, potrafi brać na siebie konsekwencje własnych czynów z całą tego świadomością. A potem zaczyna się w siebie wmyślać i wychodzi mu, że przecież tu nie zadecydował, tam nie zadecydował, gdzie indziej "tak po prostu wyszło". Co z tą jego mocą woli jest nie tak? Dlaczego przenosi swoją wolę na kogoś innego?

Zastanawia mnie jak wiele w ludzkim życiu jest sfer, w których włada nasza wola, a nie czyjaś inna- w miejsce naszej. Gdzie decyzje są podejmowane świadomie, za sprawą etycznego postanowienia. Gdzie możemy stwierdzić: "tak, to ja to uczyniłem i godzę się na wszelkie skutki tej decyzji".

Człowiek za młodu nasiąka wszelkimi powinnościami, nakazami, zakazami, i w końcu już nie wie, co jego, a co niczyje... W obliczu tego idealnie byłoby dokonać czy to kierkegaardiańskiego prawyboru, czy heideggerowskiego zadecydowania, i powiedzieć: dosyć już, od tej chwili to ja będę decydował. Jeśli się tego nie zrobi, to o czym to świadczy? O słabej woli, o tchórzostwie, czy może rzecz jest bardziej skomplikowana i niemożność podjęcia tego typu wyzwania kryje się w samej strukturze człowieczeństwa?

Pewnie raczej o tchórzostwie.
Ale kto to wie...?

niedziela, 27 lutego 2011

zmiany, zmiany!

"Świat wokół ciebie się zmienia, przez ciebie płynie niepokój. 

Płyną chmury po niebie, pod białą flagą obłoków."

Zmiany, zmiany. Zmiany, czy to spodziewane, czy niespodziewane, czy te wyczekiwane, czy te odwlekane, zawsze podszyte są mgiełką niepokoju. Bo tak naprawdę wcale nie wiemy, które nam wyjdą w końcu na dobre, a które obrócą się przeciw nam. Zawsze ten niepokój: bo idzie nowe, nieznane, więc trudno nam przewidzieć, co się będzie działo. Odczuwanie tego typu niepokoju jest w gruncie rzeczy normalne, trudno też powiedzieć, żeby było złe. Jest raczej neutralne aksjologicznie. Odpowiednia dawka niepokoju działa mobilizująco: przykładamy się bardziej do tego, co robimy i jak się zachowujemy, żeby "zdobyć kontrolę nad sytuacją", choć po części. 

Gorzej, kiedy z delikatnej mgiełki niepokoju robi się gęsta mgła. Łatwo się wtedy pogubić. Strach, w większych dawkach, paraliżuje nasze działanie. Drogi nie widać, celu nie widać, "a tak w ogóle - to ja gdzieś szedłem"? Czasem wystarczy o jedna myśl za dużo, żeby dać się owładnąć strachowi, temu niezdrowemu. Bo wszystko jest niepewne. Nie wiem, co będzie, kiedy się rozstaniemy na jakiś czas i jak będziemy na siebie patrzeć na pierwszym spotkaniu po długim okresie niewidzenia. Czy będzie radość? Czy może obcość? Czy nasza nić porozumienia nadal będzie widoczna i wyczuwalna w każdym ruchu? Czy będziemy jeszcze mieli sobie coś do powiedzenia? Nie wiadomo. Jak mówią niektórzy: jest ryzyko, jest zabawa:). Jak mówią inni: ćwiczyć się trzeba w cnocie nadziei. (Nadzieja jako przeciwieństwo paraliżującego strachu, jako mądra postawa życiowa; zaufania, zawierzenia, ale i krytycznego myślenia.) I z wiarą patrzeć w przyszłość, bo to, co nieznane, to i tajemnicze, a jak tajemnicze, to już pociągające i przyjemne. I zapatrzeć się w obłoki!

"Jesteś mieszkańcem ziemi, a uczysz się od obłoków. 

Swojej niepewnej nadziei, ulotnej jak pory roku. 


Obłoków wiedza tajemna, obłoków fantasmagoria, 

obłoków cudze spojrzenia, obłoków pewność ulotna." 

niedziela, 20 lutego 2011

test rzeczywistości

Czasem świat zakręca. Wtedy, ze strachu przed olbrzymią prędkością jego ruchu, zamykam oczy. Gdy otwieram je ponownie zdarza mi się, że przez ułamek chwili patrzę na siebie od tyłu. Widzę wtedy swoje plecy, jedną z niewielu części ciała (należą do nich także oczy i twarz) których nie można zobaczyć w samym sobie. Wykorzystuję tą prawidłowość jako test rzeczywistość. Zasady są proste. Najpierw zadaję sobie pytanie: czy mogłabym zobaczyć teraz swoje plecy? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” – wszystko w porządku, to co widzę jest realne. Odpowiedź „tak” – jest powodem do niepokoju.

Dlaczego o tym piszę? Otóż wczoraj zobaczyłam swoje plecy i nie mogę oderwać od nich wzroku.. zawołałam się po imieniu, a „ja-na-którą-patrzyłam” odwróciła się. Stanęłam przed sobą tak, jak staję się przed drugim człowiekiem. Bez pośrednictwa tafli lustra. Bez zimnej, nieczułej protezy stworzonej przez cywilizację po to, aby człowiek mógł bez końca kreować kolejne swoje wizerunki. Odbicie w lustrze jest bezkrytyczne. Możesz mu odjąć lub dodać kilka lat życia. To możliwe, przecież ono nie żyje naprawdę. Możesz podnieść jego kąciki ust i nazwać ten grymas uśmiechem. To możliwe, ono nie zna radości ani smutku. Możesz patrzeć na nie tak długo, aż przywiążesz się do niego, aż się z nim utożsamisz. To możliwe, w końcu po to zostały stworzone lustra. Sens ich istnienia jest prosty: sprawić abyś uwierzył, że „ten-na-kogo-patrzysz” jest tobą. Sprawić abyś myślał, że w tobie nie ma nic więcej, nic dalej, żadnej drugiej strony, żadnych pleców. Jeśli w to uwierzysz będziesz mógł, w zależności od potrzeby być: młodszy lub starszy niż jesteś; szczęśliwszy lub bardziej smutny. Tylko czasem, na zakręcie świata zdumiony zdołasz spojrzeć na siebie od tyłu. To, co wtedy zobaczysz nie będzie realne. Czy będzie prawdziwe?

środa, 16 lutego 2011

Czarodziejska góra

"Czymże tedy jest życie? Jest ciepłem, wytworem cieplnym czegoś, co utrzymuje formę, choć samo jej nie ma, jest gorączką materii towarzyszącą procesowi bezustannego rozkładu i odradzania się drobin białka, tak skomplikowanych i tak kunsztownie skonstruowanych, że aż nietrwałych i niedających się utrzymać. Jest istnieniem tego, co właściwie nie może istnieć, co w słodkiej męce chwieje się tylko między bytem a niebytem podczas zawikłanego i gorączkowego procesu rozpadu i wiecznego stawania się. Nie jest materialne, i nie jest z ducha. Jest czymś pośrednim, jest zjawiskiem uwarunkowanym przez materię, niby tęcza na wodospadzie, niby płomień. Ale choć niematerialne, jest zmysłowe, aż do rozkoszy i obrzydzenia, jest bezwstydem materii, która uzyskała wrażliwość na samą siebie i na bodźce z zewnątrz, jest wyuzdaną formą istnienia. Jest sekretnie wyczuwalną ruchliwością w dziewiczym chłodzie wszechbytu (...)." 

Oto próbka rozważań młodego Hansa Castropa, głównego bohatera powieści "Czarodziejska góra" ("Der Zauberberg") Tomasza Manna. Jeśli ktoś ma ochotę na kawał dobrej literatury, zachęcam! Posiada wszystkie cechy porządnej lektury: jest długa, czyta się powoli, akcja rozkręca się stopniowo i zaskakuje, bo natrafić można na takie kwiatki jak ten powyżej. I powoduje ten gorączkowy stan ducha, kiedy po odłożeniu książki nie za bardzo wiadomo, co ze sobą zrobić i o co w ogóle chodzi. Mann niewątpliwie musiał doświadczać jakiejś Geistfieber co najmniej. 

Mann więc pyta: czymże tedy jest życie? A ja pracuję nad Kierkegaardem, który zapytuje: cóż jest duch, cóż jest sobość? Poszukiwanie odpowiedzi na tego typu pytania jest fascynujące, choć niestety towarzyszy temu poczucie, że i tak się jej nigdy nie znajdzie. Uprawniony więc mógłby być wniosek, że poświęcanie życia takim zagadkom jest smutne. Ja go jednak nie wyciągam, bo chcę wierzyć, że do odpowiedzi można się nieco przybliżyć, badając różne zjawiska i doświadczenia, badając owo pulsowanie życia... 
Alpy Julijskie, wyprawa 2009r.

A gdzie życie pulsuje najmocniej? W górach! Prawda, Anno Freud? :) 

poniedziałek, 14 lutego 2011

warszawska starówka

Warszawska starówka pozwala wprowadzić jeszcze jeden podział: na warszawę po wojnie i warszawę w trakcie wojny. Wcale nie jest tak, że jedna z nich należy już do przeszłości. Żyjąc w Warszawie żyje się w tych dwóch miastach naraz. Warszawa wciąż jeszcze pamięta wojnę, pamiętają warszawiacy, pamiętają miejsca, ulice, budynki. Najlepiej zaś pamięta ta, która przeszła najwięcej – warszawska starówka.
Przechadzam się między jej kamienicami, słyszę odgłos kroków i myślę o gorączkowo rozbiegających się mieszkańcach wojennej Warszawy. Myślę o ich strachu, o rozpaczliwym poszukiwaniu azylu. Miejsca, w którym bycie warszawiakiem nie byłoby wyrokiem śmierci. Patrzę na włazy studzienek kanalizacyjnych i stają mi przed oczami sylwetki wychudzonych, brudnych, drżących z przerażenia żydowskich powstańców getta. Czy jest jeszcze jakieś miejsce na świecie w którym kanalizacja kojarzyłaby się z heroiczną walką i cudem ocalenia? Przechodząc uliczkami starego miasta słyszę za sobą głośny turkot. Moja wyobraźnia stwarza sylwetkę żołnierza strzelającego z karabinu. Zza jego pleców stopniowo wyłania się druga postać: kobieta ciągnąca coś z wyraźnym wysiłkiem. Taczki z dobytkiem wyniesionym z ruin zbombardowanego domu? Dziecięcy wózek pełen rzeczy nieżyjącego już niemowlęcia? Podróżną walizkę na kółkach z naklejką z warszawskiego lotniska - podpowiada mi rzeczywistość. Pod Zamkiem Królewskim, często, szczególnie zimą przesiaduje pewien saksofonista. Z instrumentu przy każdym dźwięku wydobywa się słup ognia. Czy taki właśnie ogień splądrował zamek? Czasem, zaczerwieniona mrozem twarz muzyka wydaje mi się być obliczem marsowego boga. Boga panującego w tym miejscu zaledwie 70 lat temu. Wracającego aby zobaczyć czy powojenna warszawa dobrze opiekuje się jego rezydencją. Chodzę po warszawie i patrzę na podniesione z gruzów miasto. Myślę o zmartwychwstaniu. Myślę o życiu które opuściło kamienie i ponownie napełniło je sobą. O przemianie gruzów w domy, kamienice, kawiarnie i sklepy. O dokonującej tej przemiany, niestrudzonej sile (s)tworzenia.

niedziela, 13 lutego 2011

wraszawa

Pociąg relacji Przemyśl – Gdynia łączący dwa krańce Polski, dwa bieguny mojego świata. Dla mnie jego trasa kończy się w Warszawie Wschodniej, kolejnej stacji już nie znam, jest położona na północ od Warszawy, to znaczy, w "niemojej" części Polski. Kilka lat temu Warszawa podzieliła dla mnie kraj na dwie części. Na południe od stolicy, a jeszcze lepiej na południowy-wschód leżą tak zwane „moje strony”. Na północ znajdują się ziemie, miasta i wsie, do których mój stosunek najlepiej oddaje przymiotnik „niemoje”. Posiadanie nie jest jednak stanem dychotomicznym. Poza obszarem „moim” i „niemoim” położona jest Warszawa.
Zielony, cichy, malowniczy Muranów, przytulony do obrzeży warszawskiej starówki jest mój. Jednak sąsiadująca z nim Wola, pełna robotniczych osiedli, wysokiej, zasłaniającej horyzont zabudowy, unicestwiona przez boga wojny i ponownie powołana do życia po roku 1945, moja już nie jest. Nie znam jej, gubię się w sieci ulic, potykam o rozsiane linie tramwajowe. Z jej licznego potomstwa znam z imienia tylko jedną córkę, ul. Górczewską. Nasza znajomość jest jednak bardzo powierzchowna. Imiona reszty rodzeństwa: ulic, placów i skwerów brzmią dla mnie zupełnie obco. Z "niemoją" Wolą sąsiaduje Ochota. Leżące w jej sercu Pola Mokotowskie, lotnisko, hale handlowe, najbardziej zapętlona w stolicy linia 157, Plac Narutowicza, i zniszczony wojną kościół św. Jakuba. To wszystko moje strony, moje autobusy, moje place, znajome mi drzewa, przyjazne twarze budynków. Dalej łączące Muranów i Ochotę Śródmieście. Zdefiniować można je przez jedno miejsce, warszawcy studenci nazywają je „niecką”. Niecka jest płaską, betonową powierzchnią, wielkości ok. 30 m2. Naprawdę nazywa się chyba „stacja metro-centrum”. Piszę „chyba”, ponieważ „niecka” od dawna i powszechnie używa swojej ksywki, a jej prawdziwe imię powoli odchodzi w niepamięć. Typowy dla niej jest nieustający gwar, wielobarwność strojów przemierzających ją przechodniów, ruch, a przede wszystkim pośpiech. Wieczne „5 min. temu”, „za 5 min.”, „zaraz będę”, „już dojeżdżam”, „przepraszam ale trochę się spóźnię”. Niecka zakrzywia czas. Przebywając w niej można być za wczesnie albo za późno, ale nigdy nie jest się w samą porę. Wreszcie nowe Stare Miasto. Fenomen na skalę Polski, Europy, a może nawet świata. Nowe bo zbudowane po wojnie. Stare, bo przypominające to czym było pomiędzy istnieniem jako kupa kamieni, a istnieniem jako kupa gruzów, czyli, też kamieni. Stare miasto też jest moje, nawet bardzo, bo jest moje-ulubione. c.d.n.

piątek, 11 lutego 2011

A tak sypią się plany!

Plany mają to do siebie, że łatwo się dają układać, ale łatwo też dają się od-układać, czyli mówiąc wprost: trafia je szlag. Choć w sumie łatwiej się sypią, niż układają. Ot, życie...

Zamiast romantycznego tygodnia spędzonego na wyjściach do kina, muzeów, teatru, opery, zostało mi...sprzątanie, gotowanie, warowanie. Dlaczego? Bo mama sobie kość w stopie złamała i trzeba było zmienić priorytety. Opieka nad zagipsowaną mamą wyparła wszystkie plany. Źle się stało? Źle, że ją to spotkało. A że sypnęły się plany? Trudno! Przyjdą nowe.

W obliczu takich doświadczeń, tj. cierpienia bliskiej osoby, można w sobie zaobserwować ciekawe zmiany. Najpierw strach, potem strach, a na końcu myśl "będzie dobrze". Póki to nie Monikafieber, to jeszcze nie koniec świata! Choć przyznać trzeba, że niemożliwość zaradzenia takiemu cierpieniu jest uciążliwa i wywołuje ogromne poczucie bezradności. Można upiec tartę jabłkową, zrobić kawę, zabawiać rozmową- tylko tyle. Bólu znieść nie sposób...

Kształcę się więc w sztuce kulinarnej, co mi i innym z pewnością na dobre wyjdzie:) (Może nie do końca na dobre, jeśli wziąć pod uwagę wagę osobników, których żywię:D ).
I obmyślam plany na nowy semestr:)

niedziela, 23 stycznia 2011

Zanotowano wzrost gorączki!

Uwaga uwaga, niebezpieczny wzrost Monikafieber. Rozprzestrzenia się szybciej, niż odpowiednie służby ratunkowe zdążą zareagować. Na szczęście meteorolodzy zapowiadają ochłodzenie. Zbijanie temperatury rozpocząć można od wyjścia na pole (na dwór, wersja dla Nie-małopolan) i wytarzania się w świeżym śniegu. Co prawda niektórzy donoszą, że takie działanie skutkować może raczej wzrostem Monikafieber. Ale ile przyjemności!

Naukowcy próbują ustalić przyczynę zapadania na Monikafieber. Do tej pory próby niestety się nie powiodły. Stopniowo jednak wykluczane zostają takie prozaiczne czynniki jak: przeziębienie, zmiany pogody, bakterie, a nawet wirus grypy. Sprawa zaczyna wyglądać poważnie. Nie wiadomo co to za choroba, dlaczego się pojawiła, jakie są dokładnie jej skutki.

Nieśmiałe głosy wspominają coś o rozpaczy ducha, ale szerokie koła szybko uciszają takie głosy. Kto to widział w dzisiejszym świecie zapadać na "chorobę (nie) na śmierć"? Na melancholię czy zwątpienie jako rozpacz? Panie kolego, przecież to jest pomysł absurdalny i zupełnie nie przystający nikomu poważnemu. Że niby duch się szarpie w niepewności? Że gorączka skacze, bo człowiek się wewnętrznie szamocze? E tam. Panie kolego, zająłby się pan w końcu czymś poważnym, a nie takimi głupotami. Trzeba się zastanowić, czy placebo jest metodą moralnie dopuszczalną, a nie rozważać jakieś wypaczanie się ducha. Potrzeba konkretu, a nie dywagacji o tym, czego istnienie jest wątpliwe!

Komunikat Ministerstwa Zdrowia: "Mili państwo. Zawiadamiamy uroczyście, że rozpoczęliśmy usuwanie osobników zarażonych Monikafieber, ponieważ choroba rozprzestrzenia się coraz bardziej. Jako że trudno wykryć, kto jest chory, a kto nie, eliminujemy wszystkich podejrzanych. Należy zachować spokój, normalnym obywatelom nic nie grozi!"

środa, 19 stycznia 2011

moja drukarka ma humory!

Naprawdę!!!!!! Ja jej mówię, wydrukuj mi 13 stron, a ona mi nic nie chce wydrukować. Ponawiam grzecznie prośbę, to ona drukuje 5 stron, szóstą wypluwa pustą i oznajmia: error. Za chwilę dostaje kolejne polecenie: wydrukuj te pozostałe strony. Nic. Cisza. Ja się denerwuję, a ona nagle zaczyna drukować!

I ja się pytam, jak tu nie zwariować?!?!?!

Ja rozumiem, że szczęście jest kobietą. Bo zmienne.
Zgodzę się też, że prawda jest kobietą. Bo nie wolno jej bezwstydnie obnażać.
Ale żeby jeszcze drukarka była kobietą? Bo ma humory?

Tego już za wiele!

I ja się pytam, gdzie się podziali prawdziwi mężczyźni?!?!?!
(albo chociaż jacykolwiek?!)

Bo jak tak dalej pójdzie, to siądę przy kominku w szlafroku i zwątpię w istnienie świata.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

dopokąd idę

Magiczny czas, kiedy nieoczywistość własnego istnienia daje o sobie znać. Kiedy namacalny staje się upływ dni, godzin, lat. Kiedy świat pędzi, a Ty stoisz i zastanawiasz się, gdzie właściwie stoisz i – co więcej— gdzie masz pójść. Magiczny moment swoich urodzin.

Jak to się stało, że te 22 lata temu świat wszedł w taką konfigurację zdarzeń, że poczęłam się ja? Jak to w ogóle możliwe, że tak się stało? Z drugiej jednak strony: przecież nie mogło być inaczej, nie mogło się to nie odbyć, świat inaczej się ułożyć nie mógł. To mógł czy nie mógł? Mógł! Nie, nie mógł, przecież to absurdalne… (Niektórzy twierdzą, że mówienie o modalnościach jest bezzasadne…)

Dają wtedy znać o sobie stare, dobre dylematy. Czy to wszystko jest tylko dziełem przypadku? A może wolności, podjętych wcześniej przez moich rodziców decyzji? A może poprowadził ich Bóg? A może wszystko jest jednak w rękach determinizmu? Natura chciała, żeby poczęło się nowe życie? Wróć: przecież natura nie chce, to się więc tak po prostu „wydarzyło”? Czy mogło się to tylko tak po prostu wydarzyć? Tak PO PROSTU?

Filozofowie egzystencji lubili podkreślać, że rzucono nas na ten świat bez naszego przyzwolenia, bez pytania o cokolwiek. Było, nie było- zaistniało się, to teraz żyć trzeba. A nawet chce się żyć! I nie tylko „się” chce, ale żyje i idzie się nie-wiadomo-dokąd. Dopokąd idę…

niedziela, 16 stycznia 2011

"co będzie, kiedy już będę dorosły?"

Sprowokowana krytyką rozumu planująco-poczuciowego, wracam do wcześniej podjętej problematyki planowania. Sprawa okazuje się bardziej zagmatwana, niż wcześniej myślałam. Po pierwsze dlatego, że ciężko utrzymać balans między życiem-tu-i-teraz a projektowaniem przyszłości. Po drugie, ponieważ trudno nie zacierać granicy pomiędzy sobą-żyjącym-tu-i-teraz a wizją przyszłego siebie.

Kiedy jest się młodym, lubi się marzyć "co będzie, kiedy już będę dorosły". W miarę jak czas upływa, wymarzona wcześniej "dorosłość" zaczyna się dziwnie od nas odsuwać, tak że wciąż jeszcze nie jesteśmy dorośli, a przecież dziećmi już też przestaliśmy być. Poruszamy się w świecie ciągle mając nadzieję na to, że kiedy przyjdzie TEN moment, coś się zmieni, świat będzie inny, wreszcie marzenia się spełnią, ogólnie będzie nam się żyło lepiej (czy nie po to składamy sobie tysiące życzeń przy różnych okazjach?). Żyjąc w takim nastawieniu, gdyby nawet TEN moment nadszedł, nawet byśmy go nie zauważyli! A przecież TEN moment w ogóle nie ma prawa nadejść, on cały czas TRWA. Tu i teraz się coś wydarza, zmienia.

Projektując przyszłość łatwo można zagubić teraźniejszość. Rozmawiamy o tym, co będzie, a nie o tym, co jest. A przecież żeby porządnie coś zaplanować, potem podjąć decyzję i zacząć ją realizować, trzeba mieć dobrze zbadany grunt pod stopami. To znaczy: mierzyć siły na zamiary, znać swoje przyzwyczajenia, podejście do życia, poruszać się w świecie w miarę sprawnie. Bez racjonalnego spojrzenia z dystansu (na ile  tylko ten jest możliwy) na otaczający świat nie da się dobrze czegoś zaplanować. Tyle że takie spojrzenie przeczy tzw.ideałowi "gorącego serca", czyli: "angażuję się w spełnianie swojego marzenia natychmiast i na 100%, bo inaczej to bubel, a nie realizowanie postanowień". Owszem, gorące serce jest potrzebne, kiedy mowa o podejmowaniu decyzji, ale plany na nim ciężko oprzeć, bo mogą runąć równie gwałtownie, jak zostały podjęte.

Jak żyć, żeby nie traktować teraźniejszości jako uciążliwego, choć koniecznego etapu przejściowego do lepszej przyszłości? Rozsądek podpowiada mi bardzo proste rozwiązanie: uczyć się cieszyć codziennością, szukać wszędzie piękna, małych radości. Wtedy nie trzeba będzie uciekać w świat wyidealizowanych projektów czy odrywać się od "szarej rzeczywistości", bo dla nas ona będzie bardzo kolorowa:).

piątek, 14 stycznia 2011

O marzeniach i planowaniu

Ostatnio często spotykam się ze zjawiskiem nie-planowania. Z różnych stron słyszę komentarze: "planowanie jest bez sensu", "nie wiem, co będę robić za 10 minut, a co dopiero za pół roku", "nie wiem, co będę robić po studiach" (choć bronię dyplom za kilka miesięcy), "po co planować- lepiej iść <na żywioł>". Czy planowanie jest aż tak straszne?

Nieśmiało się buntuję przeciw takiemu stawianiu sprawy. Dlaczego boimy się mówić o swoich planach (albo udajemy, że ich nie mamy?)? To nic, że zmieniają się tysiąc razy na minutę, że za tydzień możemy mieć zupełnie inną wizję swojej przyszłości, ale przecież warto marzyć!
Czym byłoby nasze życie bez marzeń? Bez celów, które absolutnie i koniecznie trzeba osiągnąć?

Może ta niechęć do rozmowy o planach bierze się ze strachu, że nie podołamy. Wyznaczymy sobie cel, ale świat nie pozwoli nam go zrealizować, i wtedy: "co ludzie pomyślą?". Tylko: co z tego, co ludzie pomyślą! Może to nie strach przed ludźmi, ale przed sobą samym, że nie spełniam stawianych sobie wymagań? Jednocześnie: jak dążyć do czegoś, co jest tylko mglistym zarysem nie-wiadomo-jakiego celu? (Może boimy się, że ktoś inny zabierze nam nasz cel? Ale jak można komuś odebrać jego cel?!) Jak się rozwijać, nie wyznaczając sobie żadnych punktów dojścia?

Kiedy przeprowadzałam się z rodzicami do innej miejscowości, do nowego domu, tata powtarzał: "nie mów jeszcze nikomu, bo będą zazdrościć". Ten strach przez zazdrością może być nazwany "realistycznym podejściem do życia", może się przebierać w błyszczące "zdroworozsądkowe" szaty i niepostrzeżenie wkraczać w nasze życie.

Paraliżującemu strachowi mówimy zdecydowane: nie!

Myślę, że z takim strachem nieustannie trzeba walczyć. Łatwo dać sobie wmówić, że wszyscy wokół mi źle życzą i tylko czekają na moje potknięcie, na to, że nie dojdę tam, dokąd zamierzałem. Ale wtedy życie ma barwy szarości i nagle robi się bardzo smutne. A przecież marzenia są takie kolorowe!:)

czwartek, 13 stycznia 2011

home alone

Może raczej: home trapped! Mając Monikafieber, domu opuszczać nie wolno, bo przecież można innych pozarażać. W efekcie jest tak: Ty, łóżko, laptop, 4 ściany (zamiennie: żółte, brązowe), pogadać można jedynie z radiem, pośpiewać trochę z płytą (ale nie za dużo, w końcu ma się ten dręczący kaszel).
Można się snuć po domu jak cień, ale też nie za długo, bo się człowiek męczy i kaszle tak, jakby chciał wypluć płuca.

Wszystko to uświadamia jedną rzecz: gdyby tak mieć spędzić całe życie, wracając do pustego mieszkania, co to byłoby za życie? Bez gwaru wokół, śmiechu, płaczu, rozmów...Brr. Bardzo smutne.
Trudno się dziwić, że ludzie mieszkający długo samotnie dziwaczeją. A nie daj Boże zajmują się dodatkowo naukami takimi jak filozofia. Wtedy to już obłąkanie pewne jak nic!
I skąd to wszystko? Może człowiek sam sobie tworzy takie więzienie z własnych myśli? Dlaczego tak trudno być ze sobą w ciszy przez dłuższy czas? Z perspektywy dialogizującej można odpowiedzieć, że kiedy jesteśmy sami, zżera nas własne ego, bo żaden błysk relacji nie przerywa naszej egzystencji. Jednak chyba nie do końca o to chodzi: będąc samemu w domu, wciąż uwikłanym się jest w różne relacje. No tak, ale przecież nie ma spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Więc może i zżera nas to własne ego. Wtedy stoi się przed samym sobą i nie ma się do kogo uciec od siebie.

Bycie ze sobą przez chwilę jest najzupełniej pożądane, ale kiedy trwa zbyt długo, jasne jest, że potrzeba towarzystwa: w przeciwnym razie język przyrośnie do gardła i będą nici z rozmawiania!
(Jak będziecie odwiedzać osobę chorą na Monikafieber przynieście coś do odkurzania pajęczyn z otworu gębowego.)

PS Jedną z przyczyn Monikafieber jest czytanie "Tako rzecze Zaratustra" lub innych dzieł Nietschego. A już na pewno przypowieści o cnocie zmniejszającej!

środa, 12 stycznia 2011

das Monikafieber

Das Monikafieber, niem. gorączka Moniki, gorączka monikująca. Gorączka, na którą zapadają Moniki lub stworzenia im podobne. Zob.też: Geistfieber.

Kiedy popada się w Monikafieber, łatwo można zapaść na gorączkę ducha. Za dużo czasu spędza się samemu w łóżku, kaszel nieudolnie próbuje przerwać gonitwę słów, przez głowę przebiegają nieuczesane myśli, czasem wpadnie ktoś z różą (ale i tak gorączka pozostaje).
Człowieka dopada pascalowska nuda! Wierci i kręci się w tym łóżku, przewraca z boku na bok, włącza kolejny odcinek serialu, a myśli i tak płyną swoim torem. Kiedy zamknie się oczy, odczuwa się dziwny niepokój, coś dręczy i męczy od środka, pozwala zasnąć jedynie urywanym snem.
Monikafieber różnie w literaturze była nazywana. Z przyczyn oczywistych preferujemy terminologię Kierkegaarda, np. "przez szczelinę ucieka duch". Zjawisko po wielokroć opisywane i przeżywane.
Idzie się do lekarza i szczelina ma zostać zalepiona. Ale jak wiadomo: jedna róża gorączki nie usunie!(Zawsze to jednak jakiś plaster.)
Zaleca się więc nie chorować na Monikafieber, skutki mogą być nieoczekiwane. Jeśli się już zachorowało, zawsze można popaść w lekką odmianę obłędu, lekkie szaleństwo zapewne złagodzi skutki gorączki.
Poza tym zaleca się pić wodę z miodem, kiedy gorączka fizyczna się uspokaja, do zwalczenia pozostaje jedynie gorączka ducha.
Po co ta Geistfieber? Ku przebudzeniu!
"Nie rozbudzajcie (...) póki nie zechce sama."