Warszawska starówka pozwala wprowadzić jeszcze jeden podział: na warszawę po wojnie i warszawę w trakcie wojny. Wcale nie jest tak, że jedna z nich należy już do przeszłości. Żyjąc w Warszawie żyje się w tych dwóch miastach naraz. Warszawa wciąż jeszcze pamięta wojnę, pamiętają warszawiacy, pamiętają miejsca, ulice, budynki. Najlepiej zaś pamięta ta, która przeszła najwięcej – warszawska starówka.
Przechadzam się między jej kamienicami, słyszę odgłos kroków i myślę o gorączkowo rozbiegających się mieszkańcach wojennej Warszawy. Myślę o ich strachu, o rozpaczliwym poszukiwaniu azylu. Miejsca, w którym bycie warszawiakiem nie byłoby wyrokiem śmierci. Patrzę na włazy studzienek kanalizacyjnych i stają mi przed oczami sylwetki wychudzonych, brudnych, drżących z przerażenia żydowskich powstańców getta. Czy jest jeszcze jakieś miejsce na świecie w którym kanalizacja kojarzyłaby się z heroiczną walką i cudem ocalenia? Przechodząc uliczkami starego miasta słyszę za sobą głośny turkot. Moja wyobraźnia stwarza sylwetkę żołnierza strzelającego z karabinu. Zza jego pleców stopniowo wyłania się druga postać: kobieta ciągnąca coś z wyraźnym wysiłkiem. Taczki z dobytkiem wyniesionym z ruin zbombardowanego domu? Dziecięcy wózek pełen rzeczy nieżyjącego już niemowlęcia? Podróżną walizkę na kółkach z naklejką z warszawskiego lotniska - podpowiada mi rzeczywistość. Pod Zamkiem Królewskim, często, szczególnie zimą przesiaduje pewien saksofonista. Z instrumentu przy każdym dźwięku wydobywa się słup ognia. Czy taki właśnie ogień splądrował zamek? Czasem, zaczerwieniona mrozem twarz muzyka wydaje mi się być obliczem marsowego boga. Boga panującego w tym miejscu zaledwie 70 lat temu. Wracającego aby zobaczyć czy powojenna warszawa dobrze opiekuje się jego rezydencją. Chodzę po warszawie i patrzę na podniesione z gruzów miasto. Myślę o zmartwychwstaniu. Myślę o życiu które opuściło kamienie i ponownie napełniło je sobą. O przemianie gruzów w domy, kamienice, kawiarnie i sklepy. O dokonującej tej przemiany, niestrudzonej sile (s)tworzenia.
Przechadzam się między jej kamienicami, słyszę odgłos kroków i myślę o gorączkowo rozbiegających się mieszkańcach wojennej Warszawy. Myślę o ich strachu, o rozpaczliwym poszukiwaniu azylu. Miejsca, w którym bycie warszawiakiem nie byłoby wyrokiem śmierci. Patrzę na włazy studzienek kanalizacyjnych i stają mi przed oczami sylwetki wychudzonych, brudnych, drżących z przerażenia żydowskich powstańców getta. Czy jest jeszcze jakieś miejsce na świecie w którym kanalizacja kojarzyłaby się z heroiczną walką i cudem ocalenia? Przechodząc uliczkami starego miasta słyszę za sobą głośny turkot. Moja wyobraźnia stwarza sylwetkę żołnierza strzelającego z karabinu. Zza jego pleców stopniowo wyłania się druga postać: kobieta ciągnąca coś z wyraźnym wysiłkiem. Taczki z dobytkiem wyniesionym z ruin zbombardowanego domu? Dziecięcy wózek pełen rzeczy nieżyjącego już niemowlęcia? Podróżną walizkę na kółkach z naklejką z warszawskiego lotniska - podpowiada mi rzeczywistość. Pod Zamkiem Królewskim, często, szczególnie zimą przesiaduje pewien saksofonista. Z instrumentu przy każdym dźwięku wydobywa się słup ognia. Czy taki właśnie ogień splądrował zamek? Czasem, zaczerwieniona mrozem twarz muzyka wydaje mi się być obliczem marsowego boga. Boga panującego w tym miejscu zaledwie 70 lat temu. Wracającego aby zobaczyć czy powojenna warszawa dobrze opiekuje się jego rezydencją. Chodzę po warszawie i patrzę na podniesione z gruzów miasto. Myślę o zmartwychwstaniu. Myślę o życiu które opuściło kamienie i ponownie napełniło je sobą. O przemianie gruzów w domy, kamienice, kawiarnie i sklepy. O dokonującej tej przemiany, niestrudzonej sile (s)tworzenia.
Powiedziałam kiedyś komuś znajomemu, że Ty w ten sposób patrzysz na Warszawę. Komentarz mnie zaskoczył, a mianowicie brzmiał: To straszne!
OdpowiedzUsuńI do tej pory zastanawiam się, czy to (czyt.odbieranie stolicy) jest bardziej magiczne, czy bardziej przygnębiające...