niedziela, 27 lutego 2011

zmiany, zmiany!

"Świat wokół ciebie się zmienia, przez ciebie płynie niepokój. 

Płyną chmury po niebie, pod białą flagą obłoków."

Zmiany, zmiany. Zmiany, czy to spodziewane, czy niespodziewane, czy te wyczekiwane, czy te odwlekane, zawsze podszyte są mgiełką niepokoju. Bo tak naprawdę wcale nie wiemy, które nam wyjdą w końcu na dobre, a które obrócą się przeciw nam. Zawsze ten niepokój: bo idzie nowe, nieznane, więc trudno nam przewidzieć, co się będzie działo. Odczuwanie tego typu niepokoju jest w gruncie rzeczy normalne, trudno też powiedzieć, żeby było złe. Jest raczej neutralne aksjologicznie. Odpowiednia dawka niepokoju działa mobilizująco: przykładamy się bardziej do tego, co robimy i jak się zachowujemy, żeby "zdobyć kontrolę nad sytuacją", choć po części. 

Gorzej, kiedy z delikatnej mgiełki niepokoju robi się gęsta mgła. Łatwo się wtedy pogubić. Strach, w większych dawkach, paraliżuje nasze działanie. Drogi nie widać, celu nie widać, "a tak w ogóle - to ja gdzieś szedłem"? Czasem wystarczy o jedna myśl za dużo, żeby dać się owładnąć strachowi, temu niezdrowemu. Bo wszystko jest niepewne. Nie wiem, co będzie, kiedy się rozstaniemy na jakiś czas i jak będziemy na siebie patrzeć na pierwszym spotkaniu po długim okresie niewidzenia. Czy będzie radość? Czy może obcość? Czy nasza nić porozumienia nadal będzie widoczna i wyczuwalna w każdym ruchu? Czy będziemy jeszcze mieli sobie coś do powiedzenia? Nie wiadomo. Jak mówią niektórzy: jest ryzyko, jest zabawa:). Jak mówią inni: ćwiczyć się trzeba w cnocie nadziei. (Nadzieja jako przeciwieństwo paraliżującego strachu, jako mądra postawa życiowa; zaufania, zawierzenia, ale i krytycznego myślenia.) I z wiarą patrzeć w przyszłość, bo to, co nieznane, to i tajemnicze, a jak tajemnicze, to już pociągające i przyjemne. I zapatrzeć się w obłoki!

"Jesteś mieszkańcem ziemi, a uczysz się od obłoków. 

Swojej niepewnej nadziei, ulotnej jak pory roku. 


Obłoków wiedza tajemna, obłoków fantasmagoria, 

obłoków cudze spojrzenia, obłoków pewność ulotna." 

niedziela, 20 lutego 2011

test rzeczywistości

Czasem świat zakręca. Wtedy, ze strachu przed olbrzymią prędkością jego ruchu, zamykam oczy. Gdy otwieram je ponownie zdarza mi się, że przez ułamek chwili patrzę na siebie od tyłu. Widzę wtedy swoje plecy, jedną z niewielu części ciała (należą do nich także oczy i twarz) których nie można zobaczyć w samym sobie. Wykorzystuję tą prawidłowość jako test rzeczywistość. Zasady są proste. Najpierw zadaję sobie pytanie: czy mogłabym zobaczyć teraz swoje plecy? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” – wszystko w porządku, to co widzę jest realne. Odpowiedź „tak” – jest powodem do niepokoju.

Dlaczego o tym piszę? Otóż wczoraj zobaczyłam swoje plecy i nie mogę oderwać od nich wzroku.. zawołałam się po imieniu, a „ja-na-którą-patrzyłam” odwróciła się. Stanęłam przed sobą tak, jak staję się przed drugim człowiekiem. Bez pośrednictwa tafli lustra. Bez zimnej, nieczułej protezy stworzonej przez cywilizację po to, aby człowiek mógł bez końca kreować kolejne swoje wizerunki. Odbicie w lustrze jest bezkrytyczne. Możesz mu odjąć lub dodać kilka lat życia. To możliwe, przecież ono nie żyje naprawdę. Możesz podnieść jego kąciki ust i nazwać ten grymas uśmiechem. To możliwe, ono nie zna radości ani smutku. Możesz patrzeć na nie tak długo, aż przywiążesz się do niego, aż się z nim utożsamisz. To możliwe, w końcu po to zostały stworzone lustra. Sens ich istnienia jest prosty: sprawić abyś uwierzył, że „ten-na-kogo-patrzysz” jest tobą. Sprawić abyś myślał, że w tobie nie ma nic więcej, nic dalej, żadnej drugiej strony, żadnych pleców. Jeśli w to uwierzysz będziesz mógł, w zależności od potrzeby być: młodszy lub starszy niż jesteś; szczęśliwszy lub bardziej smutny. Tylko czasem, na zakręcie świata zdumiony zdołasz spojrzeć na siebie od tyłu. To, co wtedy zobaczysz nie będzie realne. Czy będzie prawdziwe?

środa, 16 lutego 2011

Czarodziejska góra

"Czymże tedy jest życie? Jest ciepłem, wytworem cieplnym czegoś, co utrzymuje formę, choć samo jej nie ma, jest gorączką materii towarzyszącą procesowi bezustannego rozkładu i odradzania się drobin białka, tak skomplikowanych i tak kunsztownie skonstruowanych, że aż nietrwałych i niedających się utrzymać. Jest istnieniem tego, co właściwie nie może istnieć, co w słodkiej męce chwieje się tylko między bytem a niebytem podczas zawikłanego i gorączkowego procesu rozpadu i wiecznego stawania się. Nie jest materialne, i nie jest z ducha. Jest czymś pośrednim, jest zjawiskiem uwarunkowanym przez materię, niby tęcza na wodospadzie, niby płomień. Ale choć niematerialne, jest zmysłowe, aż do rozkoszy i obrzydzenia, jest bezwstydem materii, która uzyskała wrażliwość na samą siebie i na bodźce z zewnątrz, jest wyuzdaną formą istnienia. Jest sekretnie wyczuwalną ruchliwością w dziewiczym chłodzie wszechbytu (...)." 

Oto próbka rozważań młodego Hansa Castropa, głównego bohatera powieści "Czarodziejska góra" ("Der Zauberberg") Tomasza Manna. Jeśli ktoś ma ochotę na kawał dobrej literatury, zachęcam! Posiada wszystkie cechy porządnej lektury: jest długa, czyta się powoli, akcja rozkręca się stopniowo i zaskakuje, bo natrafić można na takie kwiatki jak ten powyżej. I powoduje ten gorączkowy stan ducha, kiedy po odłożeniu książki nie za bardzo wiadomo, co ze sobą zrobić i o co w ogóle chodzi. Mann niewątpliwie musiał doświadczać jakiejś Geistfieber co najmniej. 

Mann więc pyta: czymże tedy jest życie? A ja pracuję nad Kierkegaardem, który zapytuje: cóż jest duch, cóż jest sobość? Poszukiwanie odpowiedzi na tego typu pytania jest fascynujące, choć niestety towarzyszy temu poczucie, że i tak się jej nigdy nie znajdzie. Uprawniony więc mógłby być wniosek, że poświęcanie życia takim zagadkom jest smutne. Ja go jednak nie wyciągam, bo chcę wierzyć, że do odpowiedzi można się nieco przybliżyć, badając różne zjawiska i doświadczenia, badając owo pulsowanie życia... 
Alpy Julijskie, wyprawa 2009r.

A gdzie życie pulsuje najmocniej? W górach! Prawda, Anno Freud? :) 

poniedziałek, 14 lutego 2011

warszawska starówka

Warszawska starówka pozwala wprowadzić jeszcze jeden podział: na warszawę po wojnie i warszawę w trakcie wojny. Wcale nie jest tak, że jedna z nich należy już do przeszłości. Żyjąc w Warszawie żyje się w tych dwóch miastach naraz. Warszawa wciąż jeszcze pamięta wojnę, pamiętają warszawiacy, pamiętają miejsca, ulice, budynki. Najlepiej zaś pamięta ta, która przeszła najwięcej – warszawska starówka.
Przechadzam się między jej kamienicami, słyszę odgłos kroków i myślę o gorączkowo rozbiegających się mieszkańcach wojennej Warszawy. Myślę o ich strachu, o rozpaczliwym poszukiwaniu azylu. Miejsca, w którym bycie warszawiakiem nie byłoby wyrokiem śmierci. Patrzę na włazy studzienek kanalizacyjnych i stają mi przed oczami sylwetki wychudzonych, brudnych, drżących z przerażenia żydowskich powstańców getta. Czy jest jeszcze jakieś miejsce na świecie w którym kanalizacja kojarzyłaby się z heroiczną walką i cudem ocalenia? Przechodząc uliczkami starego miasta słyszę za sobą głośny turkot. Moja wyobraźnia stwarza sylwetkę żołnierza strzelającego z karabinu. Zza jego pleców stopniowo wyłania się druga postać: kobieta ciągnąca coś z wyraźnym wysiłkiem. Taczki z dobytkiem wyniesionym z ruin zbombardowanego domu? Dziecięcy wózek pełen rzeczy nieżyjącego już niemowlęcia? Podróżną walizkę na kółkach z naklejką z warszawskiego lotniska - podpowiada mi rzeczywistość. Pod Zamkiem Królewskim, często, szczególnie zimą przesiaduje pewien saksofonista. Z instrumentu przy każdym dźwięku wydobywa się słup ognia. Czy taki właśnie ogień splądrował zamek? Czasem, zaczerwieniona mrozem twarz muzyka wydaje mi się być obliczem marsowego boga. Boga panującego w tym miejscu zaledwie 70 lat temu. Wracającego aby zobaczyć czy powojenna warszawa dobrze opiekuje się jego rezydencją. Chodzę po warszawie i patrzę na podniesione z gruzów miasto. Myślę o zmartwychwstaniu. Myślę o życiu które opuściło kamienie i ponownie napełniło je sobą. O przemianie gruzów w domy, kamienice, kawiarnie i sklepy. O dokonującej tej przemiany, niestrudzonej sile (s)tworzenia.

niedziela, 13 lutego 2011

wraszawa

Pociąg relacji Przemyśl – Gdynia łączący dwa krańce Polski, dwa bieguny mojego świata. Dla mnie jego trasa kończy się w Warszawie Wschodniej, kolejnej stacji już nie znam, jest położona na północ od Warszawy, to znaczy, w "niemojej" części Polski. Kilka lat temu Warszawa podzieliła dla mnie kraj na dwie części. Na południe od stolicy, a jeszcze lepiej na południowy-wschód leżą tak zwane „moje strony”. Na północ znajdują się ziemie, miasta i wsie, do których mój stosunek najlepiej oddaje przymiotnik „niemoje”. Posiadanie nie jest jednak stanem dychotomicznym. Poza obszarem „moim” i „niemoim” położona jest Warszawa.
Zielony, cichy, malowniczy Muranów, przytulony do obrzeży warszawskiej starówki jest mój. Jednak sąsiadująca z nim Wola, pełna robotniczych osiedli, wysokiej, zasłaniającej horyzont zabudowy, unicestwiona przez boga wojny i ponownie powołana do życia po roku 1945, moja już nie jest. Nie znam jej, gubię się w sieci ulic, potykam o rozsiane linie tramwajowe. Z jej licznego potomstwa znam z imienia tylko jedną córkę, ul. Górczewską. Nasza znajomość jest jednak bardzo powierzchowna. Imiona reszty rodzeństwa: ulic, placów i skwerów brzmią dla mnie zupełnie obco. Z "niemoją" Wolą sąsiaduje Ochota. Leżące w jej sercu Pola Mokotowskie, lotnisko, hale handlowe, najbardziej zapętlona w stolicy linia 157, Plac Narutowicza, i zniszczony wojną kościół św. Jakuba. To wszystko moje strony, moje autobusy, moje place, znajome mi drzewa, przyjazne twarze budynków. Dalej łączące Muranów i Ochotę Śródmieście. Zdefiniować można je przez jedno miejsce, warszawcy studenci nazywają je „niecką”. Niecka jest płaską, betonową powierzchnią, wielkości ok. 30 m2. Naprawdę nazywa się chyba „stacja metro-centrum”. Piszę „chyba”, ponieważ „niecka” od dawna i powszechnie używa swojej ksywki, a jej prawdziwe imię powoli odchodzi w niepamięć. Typowy dla niej jest nieustający gwar, wielobarwność strojów przemierzających ją przechodniów, ruch, a przede wszystkim pośpiech. Wieczne „5 min. temu”, „za 5 min.”, „zaraz będę”, „już dojeżdżam”, „przepraszam ale trochę się spóźnię”. Niecka zakrzywia czas. Przebywając w niej można być za wczesnie albo za późno, ale nigdy nie jest się w samą porę. Wreszcie nowe Stare Miasto. Fenomen na skalę Polski, Europy, a może nawet świata. Nowe bo zbudowane po wojnie. Stare, bo przypominające to czym było pomiędzy istnieniem jako kupa kamieni, a istnieniem jako kupa gruzów, czyli, też kamieni. Stare miasto też jest moje, nawet bardzo, bo jest moje-ulubione. c.d.n.

piątek, 11 lutego 2011

A tak sypią się plany!

Plany mają to do siebie, że łatwo się dają układać, ale łatwo też dają się od-układać, czyli mówiąc wprost: trafia je szlag. Choć w sumie łatwiej się sypią, niż układają. Ot, życie...

Zamiast romantycznego tygodnia spędzonego na wyjściach do kina, muzeów, teatru, opery, zostało mi...sprzątanie, gotowanie, warowanie. Dlaczego? Bo mama sobie kość w stopie złamała i trzeba było zmienić priorytety. Opieka nad zagipsowaną mamą wyparła wszystkie plany. Źle się stało? Źle, że ją to spotkało. A że sypnęły się plany? Trudno! Przyjdą nowe.

W obliczu takich doświadczeń, tj. cierpienia bliskiej osoby, można w sobie zaobserwować ciekawe zmiany. Najpierw strach, potem strach, a na końcu myśl "będzie dobrze". Póki to nie Monikafieber, to jeszcze nie koniec świata! Choć przyznać trzeba, że niemożliwość zaradzenia takiemu cierpieniu jest uciążliwa i wywołuje ogromne poczucie bezradności. Można upiec tartę jabłkową, zrobić kawę, zabawiać rozmową- tylko tyle. Bólu znieść nie sposób...

Kształcę się więc w sztuce kulinarnej, co mi i innym z pewnością na dobre wyjdzie:) (Może nie do końca na dobre, jeśli wziąć pod uwagę wagę osobników, których żywię:D ).
I obmyślam plany na nowy semestr:)