Das Monikafieber, niem. gorączka Moniki, gorączka monikująca. Gorączka, na którą zapadają Moniki lub stworzenia im podobne. Zob.też: Geistfieber. Monikafieber leczona może być z pomocą Anny Freud.
niedziela, 27 lutego 2011
zmiany, zmiany!
niedziela, 20 lutego 2011
test rzeczywistości
Czasem świat zakręca. Wtedy, ze strachu przed olbrzymią prędkością jego ruchu, zamykam oczy. Gdy otwieram je ponownie zdarza mi się, że przez ułamek chwili patrzę na siebie od tyłu. Widzę wtedy swoje plecy, jedną z niewielu części ciała (należą do nich także oczy i twarz) których nie można zobaczyć w samym sobie. Wykorzystuję tą prawidłowość jako test rzeczywistość. Zasady są proste. Najpierw zadaję sobie pytanie: czy mogłabym zobaczyć teraz swoje plecy? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” – wszystko w porządku, to co widzę jest realne. Odpowiedź „tak” – jest powodem do niepokoju.
Dlaczego o tym piszę? Otóż wczoraj zobaczyłam swoje plecy i nie mogę oderwać od nich wzroku.. zawołałam się po imieniu, a „ja-na-którą-patrzyłam” odwróciła się. Stanęłam przed sobą tak, jak staję się przed drugim człowiekiem. Bez pośrednictwa tafli lustra. Bez zimnej, nieczułej protezy stworzonej przez cywilizację po to, aby człowiek mógł bez końca kreować kolejne swoje wizerunki. Odbicie w lustrze jest bezkrytyczne. Możesz mu odjąć lub dodać kilka lat życia. To możliwe, przecież ono nie żyje naprawdę. Możesz podnieść jego kąciki ust i nazwać ten grymas uśmiechem. To możliwe, ono nie zna radości ani smutku. Możesz patrzeć na nie tak długo, aż przywiążesz się do niego, aż się z nim utożsamisz. To możliwe, w końcu po to zostały stworzone lustra. Sens ich istnienia jest prosty: sprawić abyś uwierzył, że „ten-na-kogo-patrzysz” jest tobą. Sprawić abyś myślał, że w tobie nie ma nic więcej, nic dalej, żadnej drugiej strony, żadnych pleców. Jeśli w to uwierzysz będziesz mógł, w zależności od potrzeby być: młodszy lub starszy niż jesteś; szczęśliwszy lub bardziej smutny. Tylko czasem, na zakręcie świata zdumiony zdołasz spojrzeć na siebie od tyłu. To, co wtedy zobaczysz nie będzie realne. Czy będzie prawdziwe?
środa, 16 lutego 2011
Czarodziejska góra
poniedziałek, 14 lutego 2011
warszawska starówka
Przechadzam się między jej kamienicami, słyszę odgłos kroków i myślę o gorączkowo rozbiegających się mieszkańcach wojennej Warszawy. Myślę o ich strachu, o rozpaczliwym poszukiwaniu azylu. Miejsca, w którym bycie warszawiakiem nie byłoby wyrokiem śmierci. Patrzę na włazy studzienek kanalizacyjnych i stają mi przed oczami sylwetki wychudzonych, brudnych, drżących z przerażenia żydowskich powstańców getta. Czy jest jeszcze jakieś miejsce na świecie w którym kanalizacja kojarzyłaby się z heroiczną walką i cudem ocalenia? Przechodząc uliczkami starego miasta słyszę za sobą głośny turkot. Moja wyobraźnia stwarza sylwetkę żołnierza strzelającego z karabinu. Zza jego pleców stopniowo wyłania się druga postać: kobieta ciągnąca coś z wyraźnym wysiłkiem. Taczki z dobytkiem wyniesionym z ruin zbombardowanego domu? Dziecięcy wózek pełen rzeczy nieżyjącego już niemowlęcia? Podróżną walizkę na kółkach z naklejką z warszawskiego lotniska - podpowiada mi rzeczywistość. Pod Zamkiem Królewskim, często, szczególnie zimą przesiaduje pewien saksofonista. Z instrumentu przy każdym dźwięku wydobywa się słup ognia. Czy taki właśnie ogień splądrował zamek? Czasem, zaczerwieniona mrozem twarz muzyka wydaje mi się być obliczem marsowego boga. Boga panującego w tym miejscu zaledwie 70 lat temu. Wracającego aby zobaczyć czy powojenna warszawa dobrze opiekuje się jego rezydencją. Chodzę po warszawie i patrzę na podniesione z gruzów miasto. Myślę o zmartwychwstaniu. Myślę o życiu które opuściło kamienie i ponownie napełniło je sobą. O przemianie gruzów w domy, kamienice, kawiarnie i sklepy. O dokonującej tej przemiany, niestrudzonej sile (s)tworzenia.
niedziela, 13 lutego 2011
wraszawa
Zielony, cichy, malowniczy Muranów, przytulony do obrzeży warszawskiej starówki jest mój. Jednak sąsiadująca z nim Wola, pełna robotniczych osiedli, wysokiej, zasłaniającej horyzont zabudowy, unicestwiona przez boga wojny i ponownie powołana do życia po roku 1945, moja już nie jest. Nie znam jej, gubię się w sieci ulic, potykam o rozsiane linie tramwajowe. Z jej licznego potomstwa znam z imienia tylko jedną córkę, ul. Górczewską. Nasza znajomość jest jednak bardzo powierzchowna. Imiona reszty rodzeństwa: ulic, placów i skwerów brzmią dla mnie zupełnie obco. Z "niemoją" Wolą sąsiaduje Ochota. Leżące w jej sercu Pola Mokotowskie, lotnisko, hale handlowe, najbardziej zapętlona w stolicy linia 157, Plac Narutowicza, i zniszczony wojną kościół św. Jakuba. To wszystko moje strony, moje autobusy, moje place, znajome mi drzewa, przyjazne twarze budynków. Dalej łączące Muranów i Ochotę Śródmieście. Zdefiniować można je przez jedno miejsce, warszawcy studenci nazywają je „niecką”. Niecka jest płaską, betonową powierzchnią, wielkości ok. 30 m2. Naprawdę nazywa się chyba „stacja metro-centrum”. Piszę „chyba”, ponieważ „niecka” od dawna i powszechnie używa swojej ksywki, a jej prawdziwe imię powoli odchodzi w niepamięć. Typowy dla niej jest nieustający gwar, wielobarwność strojów przemierzających ją przechodniów, ruch, a przede wszystkim pośpiech. Wieczne „5 min. temu”, „za 5 min.”, „zaraz będę”, „już dojeżdżam”, „przepraszam ale trochę się spóźnię”. Niecka zakrzywia czas. Przebywając w niej można być za wczesnie albo za późno, ale nigdy nie jest się w samą porę. Wreszcie nowe Stare Miasto. Fenomen na skalę Polski, Europy, a może nawet świata. Nowe bo zbudowane po wojnie. Stare, bo przypominające to czym było pomiędzy istnieniem jako kupa kamieni, a istnieniem jako kupa gruzów, czyli, też kamieni. Stare miasto też jest moje, nawet bardzo, bo jest moje-ulubione. c.d.n.
piątek, 11 lutego 2011
A tak sypią się plany!
Zamiast romantycznego tygodnia spędzonego na wyjściach do kina, muzeów, teatru, opery, zostało mi...sprzątanie, gotowanie, warowanie. Dlaczego? Bo mama sobie kość w stopie złamała i trzeba było zmienić priorytety. Opieka nad zagipsowaną mamą wyparła wszystkie plany. Źle się stało? Źle, że ją to spotkało. A że sypnęły się plany? Trudno! Przyjdą nowe.
W obliczu takich doświadczeń, tj. cierpienia bliskiej osoby, można w sobie zaobserwować ciekawe zmiany. Najpierw strach, potem strach, a na końcu myśl "będzie dobrze". Póki to nie Monikafieber, to jeszcze nie koniec świata! Choć przyznać trzeba, że niemożliwość zaradzenia takiemu cierpieniu jest uciążliwa i wywołuje ogromne poczucie bezradności. Można upiec tartę jabłkową, zrobić kawę, zabawiać rozmową- tylko tyle. Bólu znieść nie sposób...
Kształcę się więc w sztuce kulinarnej, co mi i innym z pewnością na dobre wyjdzie:) (Może nie do końca na dobre, jeśli wziąć pod uwagę wagę osobników, których żywię:D ).
I obmyślam plany na nowy semestr:)
