niedziela, 23 stycznia 2011

Zanotowano wzrost gorączki!

Uwaga uwaga, niebezpieczny wzrost Monikafieber. Rozprzestrzenia się szybciej, niż odpowiednie służby ratunkowe zdążą zareagować. Na szczęście meteorolodzy zapowiadają ochłodzenie. Zbijanie temperatury rozpocząć można od wyjścia na pole (na dwór, wersja dla Nie-małopolan) i wytarzania się w świeżym śniegu. Co prawda niektórzy donoszą, że takie działanie skutkować może raczej wzrostem Monikafieber. Ale ile przyjemności!

Naukowcy próbują ustalić przyczynę zapadania na Monikafieber. Do tej pory próby niestety się nie powiodły. Stopniowo jednak wykluczane zostają takie prozaiczne czynniki jak: przeziębienie, zmiany pogody, bakterie, a nawet wirus grypy. Sprawa zaczyna wyglądać poważnie. Nie wiadomo co to za choroba, dlaczego się pojawiła, jakie są dokładnie jej skutki.

Nieśmiałe głosy wspominają coś o rozpaczy ducha, ale szerokie koła szybko uciszają takie głosy. Kto to widział w dzisiejszym świecie zapadać na "chorobę (nie) na śmierć"? Na melancholię czy zwątpienie jako rozpacz? Panie kolego, przecież to jest pomysł absurdalny i zupełnie nie przystający nikomu poważnemu. Że niby duch się szarpie w niepewności? Że gorączka skacze, bo człowiek się wewnętrznie szamocze? E tam. Panie kolego, zająłby się pan w końcu czymś poważnym, a nie takimi głupotami. Trzeba się zastanowić, czy placebo jest metodą moralnie dopuszczalną, a nie rozważać jakieś wypaczanie się ducha. Potrzeba konkretu, a nie dywagacji o tym, czego istnienie jest wątpliwe!

Komunikat Ministerstwa Zdrowia: "Mili państwo. Zawiadamiamy uroczyście, że rozpoczęliśmy usuwanie osobników zarażonych Monikafieber, ponieważ choroba rozprzestrzenia się coraz bardziej. Jako że trudno wykryć, kto jest chory, a kto nie, eliminujemy wszystkich podejrzanych. Należy zachować spokój, normalnym obywatelom nic nie grozi!"

środa, 19 stycznia 2011

moja drukarka ma humory!

Naprawdę!!!!!! Ja jej mówię, wydrukuj mi 13 stron, a ona mi nic nie chce wydrukować. Ponawiam grzecznie prośbę, to ona drukuje 5 stron, szóstą wypluwa pustą i oznajmia: error. Za chwilę dostaje kolejne polecenie: wydrukuj te pozostałe strony. Nic. Cisza. Ja się denerwuję, a ona nagle zaczyna drukować!

I ja się pytam, jak tu nie zwariować?!?!?!

Ja rozumiem, że szczęście jest kobietą. Bo zmienne.
Zgodzę się też, że prawda jest kobietą. Bo nie wolno jej bezwstydnie obnażać.
Ale żeby jeszcze drukarka była kobietą? Bo ma humory?

Tego już za wiele!

I ja się pytam, gdzie się podziali prawdziwi mężczyźni?!?!?!
(albo chociaż jacykolwiek?!)

Bo jak tak dalej pójdzie, to siądę przy kominku w szlafroku i zwątpię w istnienie świata.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

dopokąd idę

Magiczny czas, kiedy nieoczywistość własnego istnienia daje o sobie znać. Kiedy namacalny staje się upływ dni, godzin, lat. Kiedy świat pędzi, a Ty stoisz i zastanawiasz się, gdzie właściwie stoisz i – co więcej— gdzie masz pójść. Magiczny moment swoich urodzin.

Jak to się stało, że te 22 lata temu świat wszedł w taką konfigurację zdarzeń, że poczęłam się ja? Jak to w ogóle możliwe, że tak się stało? Z drugiej jednak strony: przecież nie mogło być inaczej, nie mogło się to nie odbyć, świat inaczej się ułożyć nie mógł. To mógł czy nie mógł? Mógł! Nie, nie mógł, przecież to absurdalne… (Niektórzy twierdzą, że mówienie o modalnościach jest bezzasadne…)

Dają wtedy znać o sobie stare, dobre dylematy. Czy to wszystko jest tylko dziełem przypadku? A może wolności, podjętych wcześniej przez moich rodziców decyzji? A może poprowadził ich Bóg? A może wszystko jest jednak w rękach determinizmu? Natura chciała, żeby poczęło się nowe życie? Wróć: przecież natura nie chce, to się więc tak po prostu „wydarzyło”? Czy mogło się to tylko tak po prostu wydarzyć? Tak PO PROSTU?

Filozofowie egzystencji lubili podkreślać, że rzucono nas na ten świat bez naszego przyzwolenia, bez pytania o cokolwiek. Było, nie było- zaistniało się, to teraz żyć trzeba. A nawet chce się żyć! I nie tylko „się” chce, ale żyje i idzie się nie-wiadomo-dokąd. Dopokąd idę…

niedziela, 16 stycznia 2011

"co będzie, kiedy już będę dorosły?"

Sprowokowana krytyką rozumu planująco-poczuciowego, wracam do wcześniej podjętej problematyki planowania. Sprawa okazuje się bardziej zagmatwana, niż wcześniej myślałam. Po pierwsze dlatego, że ciężko utrzymać balans między życiem-tu-i-teraz a projektowaniem przyszłości. Po drugie, ponieważ trudno nie zacierać granicy pomiędzy sobą-żyjącym-tu-i-teraz a wizją przyszłego siebie.

Kiedy jest się młodym, lubi się marzyć "co będzie, kiedy już będę dorosły". W miarę jak czas upływa, wymarzona wcześniej "dorosłość" zaczyna się dziwnie od nas odsuwać, tak że wciąż jeszcze nie jesteśmy dorośli, a przecież dziećmi już też przestaliśmy być. Poruszamy się w świecie ciągle mając nadzieję na to, że kiedy przyjdzie TEN moment, coś się zmieni, świat będzie inny, wreszcie marzenia się spełnią, ogólnie będzie nam się żyło lepiej (czy nie po to składamy sobie tysiące życzeń przy różnych okazjach?). Żyjąc w takim nastawieniu, gdyby nawet TEN moment nadszedł, nawet byśmy go nie zauważyli! A przecież TEN moment w ogóle nie ma prawa nadejść, on cały czas TRWA. Tu i teraz się coś wydarza, zmienia.

Projektując przyszłość łatwo można zagubić teraźniejszość. Rozmawiamy o tym, co będzie, a nie o tym, co jest. A przecież żeby porządnie coś zaplanować, potem podjąć decyzję i zacząć ją realizować, trzeba mieć dobrze zbadany grunt pod stopami. To znaczy: mierzyć siły na zamiary, znać swoje przyzwyczajenia, podejście do życia, poruszać się w świecie w miarę sprawnie. Bez racjonalnego spojrzenia z dystansu (na ile  tylko ten jest możliwy) na otaczający świat nie da się dobrze czegoś zaplanować. Tyle że takie spojrzenie przeczy tzw.ideałowi "gorącego serca", czyli: "angażuję się w spełnianie swojego marzenia natychmiast i na 100%, bo inaczej to bubel, a nie realizowanie postanowień". Owszem, gorące serce jest potrzebne, kiedy mowa o podejmowaniu decyzji, ale plany na nim ciężko oprzeć, bo mogą runąć równie gwałtownie, jak zostały podjęte.

Jak żyć, żeby nie traktować teraźniejszości jako uciążliwego, choć koniecznego etapu przejściowego do lepszej przyszłości? Rozsądek podpowiada mi bardzo proste rozwiązanie: uczyć się cieszyć codziennością, szukać wszędzie piękna, małych radości. Wtedy nie trzeba będzie uciekać w świat wyidealizowanych projektów czy odrywać się od "szarej rzeczywistości", bo dla nas ona będzie bardzo kolorowa:).

piątek, 14 stycznia 2011

O marzeniach i planowaniu

Ostatnio często spotykam się ze zjawiskiem nie-planowania. Z różnych stron słyszę komentarze: "planowanie jest bez sensu", "nie wiem, co będę robić za 10 minut, a co dopiero za pół roku", "nie wiem, co będę robić po studiach" (choć bronię dyplom za kilka miesięcy), "po co planować- lepiej iść <na żywioł>". Czy planowanie jest aż tak straszne?

Nieśmiało się buntuję przeciw takiemu stawianiu sprawy. Dlaczego boimy się mówić o swoich planach (albo udajemy, że ich nie mamy?)? To nic, że zmieniają się tysiąc razy na minutę, że za tydzień możemy mieć zupełnie inną wizję swojej przyszłości, ale przecież warto marzyć!
Czym byłoby nasze życie bez marzeń? Bez celów, które absolutnie i koniecznie trzeba osiągnąć?

Może ta niechęć do rozmowy o planach bierze się ze strachu, że nie podołamy. Wyznaczymy sobie cel, ale świat nie pozwoli nam go zrealizować, i wtedy: "co ludzie pomyślą?". Tylko: co z tego, co ludzie pomyślą! Może to nie strach przed ludźmi, ale przed sobą samym, że nie spełniam stawianych sobie wymagań? Jednocześnie: jak dążyć do czegoś, co jest tylko mglistym zarysem nie-wiadomo-jakiego celu? (Może boimy się, że ktoś inny zabierze nam nasz cel? Ale jak można komuś odebrać jego cel?!) Jak się rozwijać, nie wyznaczając sobie żadnych punktów dojścia?

Kiedy przeprowadzałam się z rodzicami do innej miejscowości, do nowego domu, tata powtarzał: "nie mów jeszcze nikomu, bo będą zazdrościć". Ten strach przez zazdrością może być nazwany "realistycznym podejściem do życia", może się przebierać w błyszczące "zdroworozsądkowe" szaty i niepostrzeżenie wkraczać w nasze życie.

Paraliżującemu strachowi mówimy zdecydowane: nie!

Myślę, że z takim strachem nieustannie trzeba walczyć. Łatwo dać sobie wmówić, że wszyscy wokół mi źle życzą i tylko czekają na moje potknięcie, na to, że nie dojdę tam, dokąd zamierzałem. Ale wtedy życie ma barwy szarości i nagle robi się bardzo smutne. A przecież marzenia są takie kolorowe!:)

czwartek, 13 stycznia 2011

home alone

Może raczej: home trapped! Mając Monikafieber, domu opuszczać nie wolno, bo przecież można innych pozarażać. W efekcie jest tak: Ty, łóżko, laptop, 4 ściany (zamiennie: żółte, brązowe), pogadać można jedynie z radiem, pośpiewać trochę z płytą (ale nie za dużo, w końcu ma się ten dręczący kaszel).
Można się snuć po domu jak cień, ale też nie za długo, bo się człowiek męczy i kaszle tak, jakby chciał wypluć płuca.

Wszystko to uświadamia jedną rzecz: gdyby tak mieć spędzić całe życie, wracając do pustego mieszkania, co to byłoby za życie? Bez gwaru wokół, śmiechu, płaczu, rozmów...Brr. Bardzo smutne.
Trudno się dziwić, że ludzie mieszkający długo samotnie dziwaczeją. A nie daj Boże zajmują się dodatkowo naukami takimi jak filozofia. Wtedy to już obłąkanie pewne jak nic!
I skąd to wszystko? Może człowiek sam sobie tworzy takie więzienie z własnych myśli? Dlaczego tak trudno być ze sobą w ciszy przez dłuższy czas? Z perspektywy dialogizującej można odpowiedzieć, że kiedy jesteśmy sami, zżera nas własne ego, bo żaden błysk relacji nie przerywa naszej egzystencji. Jednak chyba nie do końca o to chodzi: będąc samemu w domu, wciąż uwikłanym się jest w różne relacje. No tak, ale przecież nie ma spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Więc może i zżera nas to własne ego. Wtedy stoi się przed samym sobą i nie ma się do kogo uciec od siebie.

Bycie ze sobą przez chwilę jest najzupełniej pożądane, ale kiedy trwa zbyt długo, jasne jest, że potrzeba towarzystwa: w przeciwnym razie język przyrośnie do gardła i będą nici z rozmawiania!
(Jak będziecie odwiedzać osobę chorą na Monikafieber przynieście coś do odkurzania pajęczyn z otworu gębowego.)

PS Jedną z przyczyn Monikafieber jest czytanie "Tako rzecze Zaratustra" lub innych dzieł Nietschego. A już na pewno przypowieści o cnocie zmniejszającej!

środa, 12 stycznia 2011

das Monikafieber

Das Monikafieber, niem. gorączka Moniki, gorączka monikująca. Gorączka, na którą zapadają Moniki lub stworzenia im podobne. Zob.też: Geistfieber.

Kiedy popada się w Monikafieber, łatwo można zapaść na gorączkę ducha. Za dużo czasu spędza się samemu w łóżku, kaszel nieudolnie próbuje przerwać gonitwę słów, przez głowę przebiegają nieuczesane myśli, czasem wpadnie ktoś z różą (ale i tak gorączka pozostaje).
Człowieka dopada pascalowska nuda! Wierci i kręci się w tym łóżku, przewraca z boku na bok, włącza kolejny odcinek serialu, a myśli i tak płyną swoim torem. Kiedy zamknie się oczy, odczuwa się dziwny niepokój, coś dręczy i męczy od środka, pozwala zasnąć jedynie urywanym snem.
Monikafieber różnie w literaturze była nazywana. Z przyczyn oczywistych preferujemy terminologię Kierkegaarda, np. "przez szczelinę ucieka duch". Zjawisko po wielokroć opisywane i przeżywane.
Idzie się do lekarza i szczelina ma zostać zalepiona. Ale jak wiadomo: jedna róża gorączki nie usunie!(Zawsze to jednak jakiś plaster.)
Zaleca się więc nie chorować na Monikafieber, skutki mogą być nieoczekiwane. Jeśli się już zachorowało, zawsze można popaść w lekką odmianę obłędu, lekkie szaleństwo zapewne złagodzi skutki gorączki.
Poza tym zaleca się pić wodę z miodem, kiedy gorączka fizyczna się uspokaja, do zwalczenia pozostaje jedynie gorączka ducha.
Po co ta Geistfieber? Ku przebudzeniu!
"Nie rozbudzajcie (...) póki nie zechce sama."