Magiczny czas, kiedy nieoczywistość własnego istnienia daje o sobie znać. Kiedy namacalny staje się upływ dni, godzin, lat. Kiedy świat pędzi, a Ty stoisz i zastanawiasz się, gdzie właściwie stoisz i – co więcej— gdzie masz pójść. Magiczny moment swoich urodzin.
Jak to się stało, że te 22 lata temu świat wszedł w taką konfigurację zdarzeń, że poczęłam się ja? Jak to w ogóle możliwe, że tak się stało? Z drugiej jednak strony: przecież nie mogło być inaczej, nie mogło się to nie odbyć, świat inaczej się ułożyć nie mógł. To mógł czy nie mógł? Mógł! Nie, nie mógł, przecież to absurdalne… (Niektórzy twierdzą, że mówienie o modalnościach jest bezzasadne…)
Dają wtedy znać o sobie stare, dobre dylematy. Czy to wszystko jest tylko dziełem przypadku? A może wolności, podjętych wcześniej przez moich rodziców decyzji? A może poprowadził ich Bóg? A może wszystko jest jednak w rękach determinizmu? Natura chciała, żeby poczęło się nowe życie? Wróć: przecież natura nie chce, to się więc tak po prostu „wydarzyło”? Czy mogło się to tylko tak po prostu wydarzyć? Tak PO PROSTU?
Filozofowie egzystencji lubili podkreślać, że rzucono nas na ten świat bez naszego przyzwolenia, bez pytania o cokolwiek. Było, nie było- zaistniało się, to teraz żyć trzeba. A nawet chce się żyć! I nie tylko „się” chce, ale żyje i idzie się nie-wiadomo-dokąd. Dopokąd idę…
22 lata temu stał się człowiek - dzieło natury, przypadku, doboru naturalnego. Przez kolejne 22 lata Człowiek (nazwany Fieber) się stawał, kształtował. W innych światach, okolicznościach pewnie też by był - ale na pewno inny. I to jest piękne ;)
OdpowiedzUsuńW innych światach byłby to zupełnie inny człowiek, nijak do mnie odniesiony;)
OdpowiedzUsuńCzłowiek dziełem li tylko przypadku- bardzo mnie to stwierdzenie uderzyło. Tradycja chrześcijańska kładzie na tę kwestię zdecydowanie bardziej przyjazne światło;)Ten Darwin to jednak zubożył nam świat o teleologiczne interpretacje...
W pierwszym zdaniu chodziło mi o 'człowieka' jako o strukturę biologiczną, powiedzmy 'coś nowego' (traktowanego przeze mnie z jak największym szacunkiem). Chciałam napisać, że w momencie urodzin wszyscy są sobie poniekąd równi - a raczej nie ma chyba momentu w życiu, gdy ludzie są 'równiejsi'. Potem dzieci rosną, wpływają na nie wszystkie dostępne bodźce, zaczynają mieć świadomość ze swojego pochodzenia, czerpią z rodziców, i powoli stają się tym jednym, konkretnym, niepowtarzalnym Człowiekiem. Jako studentka nie-filozofii, nie potrafię wniknąć tak głęboko jak niektórzy, opisuję co widzę ;)
OdpowiedzUsuń