Może raczej: home trapped! Mając Monikafieber, domu opuszczać nie wolno, bo przecież można innych pozarażać. W efekcie jest tak: Ty, łóżko, laptop, 4 ściany (zamiennie: żółte, brązowe), pogadać można jedynie z radiem, pośpiewać trochę z płytą (ale nie za dużo, w końcu ma się ten dręczący kaszel).
Można się snuć po domu jak cień, ale też nie za długo, bo się człowiek męczy i kaszle tak, jakby chciał wypluć płuca.
Wszystko to uświadamia jedną rzecz: gdyby tak mieć spędzić całe życie, wracając do pustego mieszkania, co to byłoby za życie? Bez gwaru wokół, śmiechu, płaczu, rozmów...Brr. Bardzo smutne.
Trudno się dziwić, że ludzie mieszkający długo samotnie dziwaczeją. A nie daj Boże zajmują się dodatkowo naukami takimi jak filozofia. Wtedy to już obłąkanie pewne jak nic!
I skąd to wszystko? Może człowiek sam sobie tworzy takie więzienie z własnych myśli? Dlaczego tak trudno być ze sobą w ciszy przez dłuższy czas? Z perspektywy dialogizującej można odpowiedzieć, że kiedy jesteśmy sami, zżera nas własne ego, bo żaden błysk relacji nie przerywa naszej egzystencji. Jednak chyba nie do końca o to chodzi: będąc samemu w domu, wciąż uwikłanym się jest w różne relacje. No tak, ale przecież nie ma spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Więc może i zżera nas to własne ego. Wtedy stoi się przed samym sobą i nie ma się do kogo uciec od siebie.
Bycie ze sobą przez chwilę jest najzupełniej pożądane, ale kiedy trwa zbyt długo, jasne jest, że potrzeba towarzystwa: w przeciwnym razie język przyrośnie do gardła i będą nici z rozmawiania!
(Jak będziecie odwiedzać osobę chorą na Monikafieber przynieście coś do odkurzania pajęczyn z otworu gębowego.)
PS Jedną z przyczyn Monikafieber jest czytanie "Tako rzecze Zaratustra" lub innych dzieł Nietschego. A już na pewno przypowieści o cnocie zmniejszającej!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz