poniedziałek, 16 maja 2011

Świat stawia opór

Fieber ma to do siebie, że dopada wszelkie możliwe byty, osacza je i przywraca do pionu. Czasem jednak natrafia na przeszkody, materia stawia opór. Ostatnio nawet coraz częściej. Świat okazuje się być wrogi gorączce. 

Powiadają, że odczucie oporu to jeden z przejawów istniejącej rzeczywistości. Dopiero czując napór stwierdzamy, że jesteśmy w świecie (in-der-Welt-sein). Materia stawia opór duchowi (Geist). Człowiek poprzez swą wolę działa na świat, a świat temu działaniu się nie poddaje. Co więcej, w świecie daje o sobie znać pierwiastek ciemny, nieogarniony, nieopanowany, mroczny. Światło nie jest go w stanie przeniknąć. Czasem wygląda to tak, jakby światem rządziła shopenhauerowska wola, a człowiek nijak nie potrafił sobie z nią poradzić. 


Codziennie Fieber zmaga się z takim światem, usiłując go rozgorączkować, u-duchowić. 

Świat stawia opór. I wtedy rozlega się rozdzierający ducha krzyk.

niedziela, 1 maja 2011

Gorączka sięga zenitu

Są takie chwile w egzystencji Fieber, że pulsowanie choroby zaczyna sięgać zenitu. Zwykle nagłe skoki temperatury biorą się z samego faktu gorączki, nie potrzebują żadnych katalizatorów z zewnątrz. Dziś jest inaczej, dziś czynnik zewnętrzny zrobił swoje i doprowadził do wrzenia. Nie wiadomo już, czy ogień podsycać, czy gasić i kto w ogóle powinien to zrobić. Gorączka jak gorączka- taka jej natura, że parzy. 

Czasem przekracza granice i spada na kogoś innego. I nie wiadomo, czy już narusza jego autonomię, czy jeszcze nie. Nie wie, na ile może ingerować. Czy jej jednostki mierzenia są takie same, jak nowego osobnika, którego dotyka. Czy są w tej samej grze językowej? Albo, co więcej- aksjologicznej? Nie wiadomo, wszystko się miesza, paruje, wrze, kipi, trudno odróżnić dwa niezależne podmioty...

Fieber się pogubiła. Zjada siebie samą za sprawą czynnika obcego. I nie wie, na ile może w ten czynnik zewnętrzny zaingerować. Bo wokół stoją Obserwatorzy, tacy niby to niezaangażowani, ale to tylko dlatego, że nie mają pojęcia, co się wokół rozgrywa. I Fieber nie wie: powiedzieć im, zarazić ich tą gorączką, czy zostawić w spokoju, bo i po co im wysoka temperatura. Oni się są ze świata Fieber, im Fieber nie pomoże, a czy zaszkodzi? Nie wiadomo.

Za dużo niewiadomych wokół Fiebra, za dużo, viel zu viel. I gubi się Fieber pośrodku gorąca, które sama wytwarza. Wróć- tym razem wytworzył je ktoś inny, a Fieber nie ma zielonego pojęcia, jak sobie z tym nieoczekiwanym wybuchem poradzić. 

niedziela, 17 kwietnia 2011

Dlaczego powiedzieć "nie mam czasu" znaczy "nie istnieję"?

Salvador Dali, "Trwałość pamięci"

Domeną naszego życia codziennego jest powtarzane wciąż stwierdzenie: „nie mam czasu”. Mówimy: „nie mam czasu na spacer”, „na spotkanie”, albo po prostu „nie mam na nic czasu”. Przyzwyczailiśmy się do takiego traktowania sprawy i nie widzimy w tym nic dziwnego. A jeśli się przyjrzeć temu twierdzeniu bliżej, okazuje się, że jest zupełnie bez sensu!

Rozważania o naturze czasu w filozofii obecne były od dawna. Najsłynniejsze analizy pochodzą bodajże od św. Augustyna, z XI księgi „Wyznań”: „Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem. Z przekonaniem jednak mówię, że wiem, iż gdyby nic nie przemijało, nie byłoby czasu przeszłego. Gdyby nic nie przychodziło nowego, nie byłoby czasu przyszłego. Gdyby niczego nie było, nie byłoby teraźniejszości.” Ogromny nacisk na problematykę czasu z punktu widzenia antropologii kładła fenomenologia (Husserl), filozofia egzystencji (Heidegger), aż wreszcie przyszedł Levinas. Myśliciele tworzyli podziały, schematy, podawali niezliczone przykłady. Czas jest tak głęboko wpisany w nas, że w swoim życiu bez trudu odnajdziemy potrzebne do dalszych analiz czasu doświadczenia.

Kiedy myślimy o czasie, od razu przychodzi nam na myśl zegar. Wszędzie otaczają nas zegary: na ścianach w pokojach, w urzędach, na wieżach kościołów, na rękach. Nałogowo patrzymy na komórkę, żeby sprawdzić, która godzina, „aby się nie spóźnić”. Żyjemy w zegarowej wykładni czasu. Tak rozumiany czas jest czasem obiektywnym, to znaczy: zawsze możemy dostroić swoje zegarki, ustalić dokładną godzinę, dzięki niemu zagadnięta osoba na ulicy odpowie nam na nieśmiertelne pytanie „która godzina”. Tym czasem posługujemy się kiedy planujemy spotkania, zadania do wykonania, kiedy uczymy się o wydarzeniach z przeszłości. Możemy o nim z powodzeniem i dokładnością rozmawiać z innymi.

Patrząc na czas w ten sposób, mogło by się wydawać, że ten zegarkowy czas jest najbardziej podstawowy. Z drugiej jednak strony każdy z nas zna to uczucie, kiedy czas dłuży się niemiłosiernie, a wskazówki zegara poruszają się zdecydowanie za wolno. Kiedy siedzimy na nudnym wykładzie i zerkamy co chwilę na zegarek, wydaje się nam, że pomiędzy jednym a drugim zerknięciem minęło 20 minut, a wskazówki jak nic krzyczą: 5 minut! Kiedy spotykamy się z kimś bliskim, czas wydaje się biec zdecydowanie za szybko; 5 godzin ucieka jak godzina. Dziwimy się w takich sytuacjach, jak to możliwe, że świat „nie rozumie”, że czas biegnie „w rzeczywistości” zupełnie inaczej, niż pokazują wskazówki. Świat nie rozumie, bo świat posługuje się wykładnią czasu obiektywnego. My doświadczamy często tak zwanego czasu subiektywnego, wewnętrznego. W nim myślimy, rozpamiętujemy, marzymy. Jest to czas, o którym mówić w sposób ścisły się nie da.

Niektórzy filozofowie twierdzą, że te dwa wymiary czasu nie wyczerpują zagadnienia, że jest jeszcze trzeci wymiar, który umożliwia zarówno zewnętrzne, jak wewnętrzne doświadczenie czasu. Mówią, że tylko dzięki temu, że my jesteśmy czasem, że jesteśmy zbudowani z tkanki czasu, że jesteśmy „przytomni”, „świadomi” czasu, możemy  o czasie mówić, poznawać go. Jako ludzie dysponujemy pewnym pierwotnym doświadczeniem czasu, które z czasem może przybierać postać czasu subiektywnego czy obiektywnego. To przedrozumienie czasu obejmuje tez odczuwanie „wcześniej”, ”później”. Jest to warunek możliwości wszelkiego innego doświadczenia, schematyzacji, kategoryzacji czasu.

Jeżeli my naprawdę jesteśmy czasem, to kiedy wypowiadam słowa „nie mam czasu”, mówię „nie istnieję”! J

poniedziałek, 21 marca 2011

Dlaczego można bać się zaparzać herbatę.

Czy zdał ktoś sobie kiedyś sprawę tego, że w każdym momencie, kiedy dokonujemy postanowienia etycznego (że tak wspomnę Arystotelesa a co!) tudzież podejmujemy decyzję, dajemy świadectwo swojej hierarchii wartości? Decyzja jest zawsze wyborem czegoś, a wybór jednego pociąga za sobą odrzucenie czegoś innego (choćby chwilowe ale jednak odrzucenie). Jeśli jesteśmy racjonalni, wybieramy to, co uważamy za lepsze. Ergo: za każdym razem zdajemy sprawę z naszych sądów aksjologicznych. 

Jakby tak spojrzeć na te nasze wybory sub specie aeternitatis, to można by wykreślić zasadniczy kierunek, w jakim toczyło się do tej pory nasze życie. I być może- jak się będzie toczyć. 

Wydaje mi się, że takie postawienie sprawy rzuca inne światło na to, co ze swoim życiem robimy. To znaczy: możemy łatwo zaobserwować, jak sami wytyczamy sobie swoją przyszłą ścieżkę. Patrząc na to, co dotychczas wybieraliśmy, możemy się o sobie wiele dowiedzieć. (Swoją drogą, nie wiem, czy chcę wiedzieć, co to mówi o mnie, jeśli wybierałam oglądanie serialu zamiast zgłębiania Etyki Nikomachejskiej :D ) 
Pytanie za sto punktów: czy zatem istnieją w ogóle neutralne czyny? Z jednej strony lekkim absurdem jest przypisywanie zaparzaniu herbaty wartości aksjologicznej; z drugiej- może jednak nie jest? (no dobra, na zdrowy rozsądek to jednak jest absurd) Może jednak nie jest, bo: wprawdzie chodzi o ogólne ukierunkowanie swego życia, ale przecież owo ukierunkowanie realizuje się w pojedynczych czynach, które to czyny również wytyczają ogólny kierunek życia (takie małe błędne koło, ale jednak pozornie błędne).

Masz Ci los! Od dziś będę się bać nawet zaparzyć herbatę. Nie mówiąc już o tak bardzo etycznym i wielkiej wagi czynie jak przygotowywanie kawy!

poniedziałek, 14 marca 2011

Moc woli

Kiedy czyta się Nietzschego "Tako rzecze Zaratustra", to fakt- zwykle stawia się na miejscu tego lepszego człowieka, tego, który ma siłę, wolę, jest niezależny, potrafi robić dobry użytek z wolności. Jak wiadomo, Nietzsche poddawał krytyce życie tzw. małych ludzi, "umiarkowanych", nijakich; takich, którzy o wolności mówią, o nią się dopominają, ale wcale nie umieją się z nią odpowiednio obchodzić. Są zbyt słabi na to, żeby wziąć życie w swoje ręce (więc dobrze, ze tego nie robią; lepiej, żeby ktoś inny, mądrzejszy, ich poprowadził).

Człowiek czyta sobie tę nietzcheańską krytykę ludzi fałszywych, słabych, i czuje się lepiej, że on to przecież taki silny jest, że potrafi decydować, potrafi brać na siebie konsekwencje własnych czynów z całą tego świadomością. A potem zaczyna się w siebie wmyślać i wychodzi mu, że przecież tu nie zadecydował, tam nie zadecydował, gdzie indziej "tak po prostu wyszło". Co z tą jego mocą woli jest nie tak? Dlaczego przenosi swoją wolę na kogoś innego?

Zastanawia mnie jak wiele w ludzkim życiu jest sfer, w których włada nasza wola, a nie czyjaś inna- w miejsce naszej. Gdzie decyzje są podejmowane świadomie, za sprawą etycznego postanowienia. Gdzie możemy stwierdzić: "tak, to ja to uczyniłem i godzę się na wszelkie skutki tej decyzji".

Człowiek za młodu nasiąka wszelkimi powinnościami, nakazami, zakazami, i w końcu już nie wie, co jego, a co niczyje... W obliczu tego idealnie byłoby dokonać czy to kierkegaardiańskiego prawyboru, czy heideggerowskiego zadecydowania, i powiedzieć: dosyć już, od tej chwili to ja będę decydował. Jeśli się tego nie zrobi, to o czym to świadczy? O słabej woli, o tchórzostwie, czy może rzecz jest bardziej skomplikowana i niemożność podjęcia tego typu wyzwania kryje się w samej strukturze człowieczeństwa?

Pewnie raczej o tchórzostwie.
Ale kto to wie...?

niedziela, 27 lutego 2011

zmiany, zmiany!

"Świat wokół ciebie się zmienia, przez ciebie płynie niepokój. 

Płyną chmury po niebie, pod białą flagą obłoków."

Zmiany, zmiany. Zmiany, czy to spodziewane, czy niespodziewane, czy te wyczekiwane, czy te odwlekane, zawsze podszyte są mgiełką niepokoju. Bo tak naprawdę wcale nie wiemy, które nam wyjdą w końcu na dobre, a które obrócą się przeciw nam. Zawsze ten niepokój: bo idzie nowe, nieznane, więc trudno nam przewidzieć, co się będzie działo. Odczuwanie tego typu niepokoju jest w gruncie rzeczy normalne, trudno też powiedzieć, żeby było złe. Jest raczej neutralne aksjologicznie. Odpowiednia dawka niepokoju działa mobilizująco: przykładamy się bardziej do tego, co robimy i jak się zachowujemy, żeby "zdobyć kontrolę nad sytuacją", choć po części. 

Gorzej, kiedy z delikatnej mgiełki niepokoju robi się gęsta mgła. Łatwo się wtedy pogubić. Strach, w większych dawkach, paraliżuje nasze działanie. Drogi nie widać, celu nie widać, "a tak w ogóle - to ja gdzieś szedłem"? Czasem wystarczy o jedna myśl za dużo, żeby dać się owładnąć strachowi, temu niezdrowemu. Bo wszystko jest niepewne. Nie wiem, co będzie, kiedy się rozstaniemy na jakiś czas i jak będziemy na siebie patrzeć na pierwszym spotkaniu po długim okresie niewidzenia. Czy będzie radość? Czy może obcość? Czy nasza nić porozumienia nadal będzie widoczna i wyczuwalna w każdym ruchu? Czy będziemy jeszcze mieli sobie coś do powiedzenia? Nie wiadomo. Jak mówią niektórzy: jest ryzyko, jest zabawa:). Jak mówią inni: ćwiczyć się trzeba w cnocie nadziei. (Nadzieja jako przeciwieństwo paraliżującego strachu, jako mądra postawa życiowa; zaufania, zawierzenia, ale i krytycznego myślenia.) I z wiarą patrzeć w przyszłość, bo to, co nieznane, to i tajemnicze, a jak tajemnicze, to już pociągające i przyjemne. I zapatrzeć się w obłoki!

"Jesteś mieszkańcem ziemi, a uczysz się od obłoków. 

Swojej niepewnej nadziei, ulotnej jak pory roku. 


Obłoków wiedza tajemna, obłoków fantasmagoria, 

obłoków cudze spojrzenia, obłoków pewność ulotna." 

niedziela, 20 lutego 2011

test rzeczywistości

Czasem świat zakręca. Wtedy, ze strachu przed olbrzymią prędkością jego ruchu, zamykam oczy. Gdy otwieram je ponownie zdarza mi się, że przez ułamek chwili patrzę na siebie od tyłu. Widzę wtedy swoje plecy, jedną z niewielu części ciała (należą do nich także oczy i twarz) których nie można zobaczyć w samym sobie. Wykorzystuję tą prawidłowość jako test rzeczywistość. Zasady są proste. Najpierw zadaję sobie pytanie: czy mogłabym zobaczyć teraz swoje plecy? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” – wszystko w porządku, to co widzę jest realne. Odpowiedź „tak” – jest powodem do niepokoju.

Dlaczego o tym piszę? Otóż wczoraj zobaczyłam swoje plecy i nie mogę oderwać od nich wzroku.. zawołałam się po imieniu, a „ja-na-którą-patrzyłam” odwróciła się. Stanęłam przed sobą tak, jak staję się przed drugim człowiekiem. Bez pośrednictwa tafli lustra. Bez zimnej, nieczułej protezy stworzonej przez cywilizację po to, aby człowiek mógł bez końca kreować kolejne swoje wizerunki. Odbicie w lustrze jest bezkrytyczne. Możesz mu odjąć lub dodać kilka lat życia. To możliwe, przecież ono nie żyje naprawdę. Możesz podnieść jego kąciki ust i nazwać ten grymas uśmiechem. To możliwe, ono nie zna radości ani smutku. Możesz patrzeć na nie tak długo, aż przywiążesz się do niego, aż się z nim utożsamisz. To możliwe, w końcu po to zostały stworzone lustra. Sens ich istnienia jest prosty: sprawić abyś uwierzył, że „ten-na-kogo-patrzysz” jest tobą. Sprawić abyś myślał, że w tobie nie ma nic więcej, nic dalej, żadnej drugiej strony, żadnych pleców. Jeśli w to uwierzysz będziesz mógł, w zależności od potrzeby być: młodszy lub starszy niż jesteś; szczęśliwszy lub bardziej smutny. Tylko czasem, na zakręcie świata zdumiony zdołasz spojrzeć na siebie od tyłu. To, co wtedy zobaczysz nie będzie realne. Czy będzie prawdziwe?