niedziela, 17 kwietnia 2011

Dlaczego powiedzieć "nie mam czasu" znaczy "nie istnieję"?

Salvador Dali, "Trwałość pamięci"

Domeną naszego życia codziennego jest powtarzane wciąż stwierdzenie: „nie mam czasu”. Mówimy: „nie mam czasu na spacer”, „na spotkanie”, albo po prostu „nie mam na nic czasu”. Przyzwyczailiśmy się do takiego traktowania sprawy i nie widzimy w tym nic dziwnego. A jeśli się przyjrzeć temu twierdzeniu bliżej, okazuje się, że jest zupełnie bez sensu!

Rozważania o naturze czasu w filozofii obecne były od dawna. Najsłynniejsze analizy pochodzą bodajże od św. Augustyna, z XI księgi „Wyznań”: „Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem. Z przekonaniem jednak mówię, że wiem, iż gdyby nic nie przemijało, nie byłoby czasu przeszłego. Gdyby nic nie przychodziło nowego, nie byłoby czasu przyszłego. Gdyby niczego nie było, nie byłoby teraźniejszości.” Ogromny nacisk na problematykę czasu z punktu widzenia antropologii kładła fenomenologia (Husserl), filozofia egzystencji (Heidegger), aż wreszcie przyszedł Levinas. Myśliciele tworzyli podziały, schematy, podawali niezliczone przykłady. Czas jest tak głęboko wpisany w nas, że w swoim życiu bez trudu odnajdziemy potrzebne do dalszych analiz czasu doświadczenia.

Kiedy myślimy o czasie, od razu przychodzi nam na myśl zegar. Wszędzie otaczają nas zegary: na ścianach w pokojach, w urzędach, na wieżach kościołów, na rękach. Nałogowo patrzymy na komórkę, żeby sprawdzić, która godzina, „aby się nie spóźnić”. Żyjemy w zegarowej wykładni czasu. Tak rozumiany czas jest czasem obiektywnym, to znaczy: zawsze możemy dostroić swoje zegarki, ustalić dokładną godzinę, dzięki niemu zagadnięta osoba na ulicy odpowie nam na nieśmiertelne pytanie „która godzina”. Tym czasem posługujemy się kiedy planujemy spotkania, zadania do wykonania, kiedy uczymy się o wydarzeniach z przeszłości. Możemy o nim z powodzeniem i dokładnością rozmawiać z innymi.

Patrząc na czas w ten sposób, mogło by się wydawać, że ten zegarkowy czas jest najbardziej podstawowy. Z drugiej jednak strony każdy z nas zna to uczucie, kiedy czas dłuży się niemiłosiernie, a wskazówki zegara poruszają się zdecydowanie za wolno. Kiedy siedzimy na nudnym wykładzie i zerkamy co chwilę na zegarek, wydaje się nam, że pomiędzy jednym a drugim zerknięciem minęło 20 minut, a wskazówki jak nic krzyczą: 5 minut! Kiedy spotykamy się z kimś bliskim, czas wydaje się biec zdecydowanie za szybko; 5 godzin ucieka jak godzina. Dziwimy się w takich sytuacjach, jak to możliwe, że świat „nie rozumie”, że czas biegnie „w rzeczywistości” zupełnie inaczej, niż pokazują wskazówki. Świat nie rozumie, bo świat posługuje się wykładnią czasu obiektywnego. My doświadczamy często tak zwanego czasu subiektywnego, wewnętrznego. W nim myślimy, rozpamiętujemy, marzymy. Jest to czas, o którym mówić w sposób ścisły się nie da.

Niektórzy filozofowie twierdzą, że te dwa wymiary czasu nie wyczerpują zagadnienia, że jest jeszcze trzeci wymiar, który umożliwia zarówno zewnętrzne, jak wewnętrzne doświadczenie czasu. Mówią, że tylko dzięki temu, że my jesteśmy czasem, że jesteśmy zbudowani z tkanki czasu, że jesteśmy „przytomni”, „świadomi” czasu, możemy  o czasie mówić, poznawać go. Jako ludzie dysponujemy pewnym pierwotnym doświadczeniem czasu, które z czasem może przybierać postać czasu subiektywnego czy obiektywnego. To przedrozumienie czasu obejmuje tez odczuwanie „wcześniej”, ”później”. Jest to warunek możliwości wszelkiego innego doświadczenia, schematyzacji, kategoryzacji czasu.

Jeżeli my naprawdę jesteśmy czasem, to kiedy wypowiadam słowa „nie mam czasu”, mówię „nie istnieję”! J