Ostatnio często spotykam się ze zjawiskiem nie-planowania. Z różnych stron słyszę komentarze: "planowanie jest bez sensu", "nie wiem, co będę robić za 10 minut, a co dopiero za pół roku", "nie wiem, co będę robić po studiach" (choć bronię dyplom za kilka miesięcy), "po co planować- lepiej iść <na żywioł>". Czy planowanie jest aż tak straszne?
Nieśmiało się buntuję przeciw takiemu stawianiu sprawy. Dlaczego boimy się mówić o swoich planach (albo udajemy, że ich nie mamy?)? To nic, że zmieniają się tysiąc razy na minutę, że za tydzień możemy mieć zupełnie inną wizję swojej przyszłości, ale przecież warto marzyć!
Czym byłoby nasze życie bez marzeń? Bez celów, które absolutnie i koniecznie trzeba osiągnąć?
Może ta niechęć do rozmowy o planach bierze się ze strachu, że nie podołamy. Wyznaczymy sobie cel, ale świat nie pozwoli nam go zrealizować, i wtedy: "co ludzie pomyślą?". Tylko: co z tego, co ludzie pomyślą! Może to nie strach przed ludźmi, ale przed sobą samym, że nie spełniam stawianych sobie wymagań? Jednocześnie: jak dążyć do czegoś, co jest tylko mglistym zarysem nie-wiadomo-jakiego celu? (Może boimy się, że ktoś inny zabierze nam nasz cel? Ale jak można komuś odebrać jego cel?!) Jak się rozwijać, nie wyznaczając sobie żadnych punktów dojścia?
Kiedy przeprowadzałam się z rodzicami do innej miejscowości, do nowego domu, tata powtarzał: "nie mów jeszcze nikomu, bo będą zazdrościć". Ten strach przez zazdrością może być nazwany "realistycznym podejściem do życia", może się przebierać w błyszczące "zdroworozsądkowe" szaty i niepostrzeżenie wkraczać w nasze życie.
Paraliżującemu strachowi mówimy zdecydowane: nie!
Myślę, że z takim strachem nieustannie trzeba walczyć. Łatwo dać sobie wmówić, że wszyscy wokół mi źle życzą i tylko czekają na moje potknięcie, na to, że nie dojdę tam, dokąd zamierzałem. Ale wtedy życie ma barwy szarości i nagle robi się bardzo smutne. A przecież marzenia są takie kolorowe!:)
Zgadzam się z tym, co piszesz i dodaję coś od siebie ;). Wydaje mi się, że planowanie jest przede wszystkim trudnym zadaniem, wymaga myślenia o przyszłości, podejmowania decyzji często nie tyle przyjemnych co słusznych, nie zawsze zależnych od nas. Wolimy nie myśleć, cieszyć się chwilą, która przecież się kiedyś skończy. To dotyczy ludzi młodych. A strach ciężko pokonać. Jasne postawienie sobie celu wymaga w następnym kroku aktywności, pracy, od tego wszyscy też uciekają.
OdpowiedzUsuńJa staram się nie mówić o swoich planach, póki nie będą choć w 50% pewne ;). Pozdrawiam!
Zapomniałam, a jest na tyle ładne, że zasługuje na szerokie czytanie:
OdpowiedzUsuńhttp://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=23&u=471
Dzięki za wiersz! Świetnie się wpasował w dzisiejszy klimat:) Masz rację, czasem wolimy nie myśleć o przyszłości, bo to trudne. Ale prędzej czy później wraca do nas i wtedy zwykle decyzję podjąć jeszcze trudniej. Dlatego nie bójmy się marzyć tu i teraz!:)
OdpowiedzUsuńPozdrowienia!:)
Krytyka planującego (poczuciowego) rozumu:
OdpowiedzUsuńRozum planujący rości sobie prawo do potencjalnego przekształcania rzeczywistości. Nie zgadzam się z tym, że nie planujemy, tylko jest to bardziej ukryte. Większość ludzi żyje w projekcie siebie nie chcąc spotykać się z sobą-tu-i-teraz. Mamy wrodzoną zdolność do tworzenia idealnych wzorców samych siebie, które są zdecydowanie nieosiągalne ale nam to zbytnio nie przeszkadza (ludzki realizm to przereklamowany pomysł). Jesteśmy niedoskonali, skończeni, często słabi i jakoś nie bardzo sobie z tym radzimy. Lubimy "siebie", ale właśnie tych z projektu, lepszych, mądrzejszych itp. Ja-tu-i-teraz jest co najwyżej tolerowane jako konieczny etap w drodze do projektu. Projekt stać na plany, ja-tu-i-teraz nie może nic planować, przecież człowiekowi takich rzeczy nie wolno, planować może tylko Bóg. Wiemy, że bogami nie jesteśmy, ale nie znaczy to, że nie chcielibyśmy być. Zaczęło się od Adama i Ewy, człowiek zjadając owoc uwierzył, że nie dobrze być człowiekiem, lepiej stać się bogiem. Trudno się z tego kłamstwa wyzwolić, jest niezwykle powszechne. Rozum planujący ulega ułudzie dostępu do prawdy. Ma nawet zabawny wariant korespondencyjnej teorii prawdy: veritas est adequatio rei et sensus. W jej świetle moje odczucia mówią prawdę o świecie i o mnie. Nie rozum, ale tzw. serce wie lepiej. Zamiast faktom wierzymy temu co czujemy. Nie czuję Boga, więc go nie ma. Nie czuję, bym był dobry, bym był czegoś wart, więc z pewnością tak jest. Nie czuję by ona miała rację, więc jej nie ma. Żyjemy w świecie poczuć dyktowanych przez pozór rozumu planującego. Czuję, że świat nie ma sensu, więc z pewnością go nie ma. Czuję, że każdy ma swoją racjonalność, swoją logikę etc.. Czuję i do takiej metody poznania ograniczam swoje bycie w świecie. Wiem, że są pojedyncze osobniki homo sapiens sapiens które o tym "sapiens" nie zapominają i z tego korzystają, ale gatunek to coraz rzadszy. A przecież tym, co nas wyróżnia pośród zwierząt nie jest rozum planujący, czy też rozum poczuciowy, ale rozum czysty, teoretyczny. Zwierzęta czują, i to często bardziej intensywnie i szczerze niż my. Ratio jest darem nie przekleństwem, a często się nasz rozum właśnie tak traktuje. Oddanie się we władanie rozumu planującego(poczuciowego) jest swoistym grzechem przeciwko naturze ludzkiej, zezwierzęceniem w znaczeniu degradacji do poziomu istot tylko czujących. Z pozoru nie brzmi to źle, ale oznacza rezygnację z wolności, która (słusznie lub nie) dla wielu jest wartością absolutną. Tylko dzięki temu, że z jesteśmy istotami rozumnymi z jednej, a skończonymi z drugiej, możemy posiadać wolność woli, wolność wybierania. Możemy decydować i to nas wyróżnia od zwierząt. Ale tkwimy w kłamstwie, które mówi, że aby móc decydować (w tym planować), nie możemy być "tylko" ludźmi, takimi skończonymi, niedoskonałymi, wciąż wątpiącymi istotami.
Aby planować, trzeba zaakceptować wiele z dzisiejszej perspektywy nie-akceptowalnych faktów. Trzeba odrzucić pewność odczuć i idealny projekt nas. Wbrew pozorom ani zwierzęta ani bogowie nie planują. Planują ludzie, którymi my nie chcemy być. Wyzwolenie z pozoru rozumu planującego(poczuciowego) nie jest ani łatwe, ani przyjemne, ani szybkie. To oznacza, że nie zyska raczej popularności, a my nie zaczniemy masowo wracać do bycia ludźmi i do planowania.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńWoow, to się nazywa krytyka! Ale jej przedmiotem nie jest ten rozum, o który mi chodziło (chyba, że już zupełnie zatraciłam jasność myślenia). Rozum planująco-poczuciowy kłóci się w Twoim ujęciu z rozumem, nazwijmy go wedle tego, co napisałam, "marząco-planującym".
OdpowiedzUsuńJak rozumiem, żeby zacząć porządnie planować, trzeba zobaczyć siebie nie jako własny idealny projekt, ale takim, jakim się jest, patrząc na fakty, nie na uczucia. Z tym się zgadzam! Chociaż z drugiej strony, ostatnio na seminarium odróżnialiśmy emocje od uczuć, w sensie że emocja to coś bardziej takiego, jak u romantyków (achy i ochy), a uczucie ma związek z wolą i z ratio pewnie też. W takim rozumieniu np. miłość byłaby też uczuciem (a nie emocją), żeby tak nie degradować poruszeń woli. Z tym że w języku potocznym taka redefinicja nie przejdzie, uczucie jest obciążone innym znaczeniem niż to, o które mi chodzi.
Swoją drogą, to jest ciekawe zjawisko, że "Ja-tu-i-teraz jest co najwyżej tolerowane jako konieczny etap w drodze do projektu". Bardzo trudno jest porządnie planować, nie popadając w to zjawisko. Zawsze miałam dylemat: "jak żyć tu-i-teraz nie zapominając jednocześnie o przyszłości?"
Mówisz, że ludzie planują w sposób ukryty? Pewnie tak, trudno mi wyobrazić sobie kogoś, kto porusza się sprawnie w świecie, a nie ma wyznaczonych żadnych celów. Spotykam się z częstą niechęcią do mówienia o swoich planach. Może o tych zależnych od poczuciowego rozumu?
A może tak: ludzie "planują", ale nie planują?
Do I get it right?:)