piątek, 11 lutego 2011

A tak sypią się plany!

Plany mają to do siebie, że łatwo się dają układać, ale łatwo też dają się od-układać, czyli mówiąc wprost: trafia je szlag. Choć w sumie łatwiej się sypią, niż układają. Ot, życie...

Zamiast romantycznego tygodnia spędzonego na wyjściach do kina, muzeów, teatru, opery, zostało mi...sprzątanie, gotowanie, warowanie. Dlaczego? Bo mama sobie kość w stopie złamała i trzeba było zmienić priorytety. Opieka nad zagipsowaną mamą wyparła wszystkie plany. Źle się stało? Źle, że ją to spotkało. A że sypnęły się plany? Trudno! Przyjdą nowe.

W obliczu takich doświadczeń, tj. cierpienia bliskiej osoby, można w sobie zaobserwować ciekawe zmiany. Najpierw strach, potem strach, a na końcu myśl "będzie dobrze". Póki to nie Monikafieber, to jeszcze nie koniec świata! Choć przyznać trzeba, że niemożliwość zaradzenia takiemu cierpieniu jest uciążliwa i wywołuje ogromne poczucie bezradności. Można upiec tartę jabłkową, zrobić kawę, zabawiać rozmową- tylko tyle. Bólu znieść nie sposób...

Kształcę się więc w sztuce kulinarnej, co mi i innym z pewnością na dobre wyjdzie:) (Może nie do końca na dobre, jeśli wziąć pod uwagę wagę osobników, których żywię:D ).
I obmyślam plany na nowy semestr:)

2 komentarze:

  1. sprawdziłam tartę i pragne donieść, że robi ona między maistowa (Łańcut, Warszawa)i międzypokoleniową (tata, współloaktorzy i znajomi)karierę. strzał w dziesiątkę! tylko koniecznie z powidłem morelowym nałozonym na jabłka.
    pozdrawiam słodko:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudownie!:) Ja tymczasem sprawdziłam kolejny przepis, tym razem na pokazową szarlotkę:) Znikła w mig. Life is sweet, czasami;)

    OdpowiedzUsuń