Pociąg relacji Przemyśl – Gdynia łączący dwa krańce Polski, dwa bieguny mojego świata. Dla mnie jego trasa kończy się w Warszawie Wschodniej, kolejnej stacji już nie znam, jest położona na północ od Warszawy, to znaczy, w "niemojej" części Polski. Kilka lat temu Warszawa podzieliła dla mnie kraj na dwie części. Na południe od stolicy, a jeszcze lepiej na południowy-wschód leżą tak zwane „moje strony”. Na północ znajdują się ziemie, miasta i wsie, do których mój stosunek najlepiej oddaje przymiotnik „niemoje”. Posiadanie nie jest jednak stanem dychotomicznym. Poza obszarem „moim” i „niemoim” położona jest Warszawa.
Zielony, cichy, malowniczy Muranów, przytulony do obrzeży warszawskiej starówki jest mój. Jednak sąsiadująca z nim Wola, pełna robotniczych osiedli, wysokiej, zasłaniającej horyzont zabudowy, unicestwiona przez boga wojny i ponownie powołana do życia po roku 1945, moja już nie jest. Nie znam jej, gubię się w sieci ulic, potykam o rozsiane linie tramwajowe. Z jej licznego potomstwa znam z imienia tylko jedną córkę, ul. Górczewską. Nasza znajomość jest jednak bardzo powierzchowna. Imiona reszty rodzeństwa: ulic, placów i skwerów brzmią dla mnie zupełnie obco. Z "niemoją" Wolą sąsiaduje Ochota. Leżące w jej sercu Pola Mokotowskie, lotnisko, hale handlowe, najbardziej zapętlona w stolicy linia 157, Plac Narutowicza, i zniszczony wojną kościół św. Jakuba. To wszystko moje strony, moje autobusy, moje place, znajome mi drzewa, przyjazne twarze budynków. Dalej łączące Muranów i Ochotę Śródmieście. Zdefiniować można je przez jedno miejsce, warszawcy studenci nazywają je „niecką”. Niecka jest płaską, betonową powierzchnią, wielkości ok. 30 m2. Naprawdę nazywa się chyba „stacja metro-centrum”. Piszę „chyba”, ponieważ „niecka” od dawna i powszechnie używa swojej ksywki, a jej prawdziwe imię powoli odchodzi w niepamięć. Typowy dla niej jest nieustający gwar, wielobarwność strojów przemierzających ją przechodniów, ruch, a przede wszystkim pośpiech. Wieczne „5 min. temu”, „za 5 min.”, „zaraz będę”, „już dojeżdżam”, „przepraszam ale trochę się spóźnię”. Niecka zakrzywia czas. Przebywając w niej można być za wczesnie albo za późno, ale nigdy nie jest się w samą porę. Wreszcie nowe Stare Miasto. Fenomen na skalę Polski, Europy, a może nawet świata. Nowe bo zbudowane po wojnie. Stare, bo przypominające to czym było pomiędzy istnieniem jako kupa kamieni, a istnieniem jako kupa gruzów, czyli, też kamieni. Stare miasto też jest moje, nawet bardzo, bo jest moje-ulubione. c.d.n.
Zielony, cichy, malowniczy Muranów, przytulony do obrzeży warszawskiej starówki jest mój. Jednak sąsiadująca z nim Wola, pełna robotniczych osiedli, wysokiej, zasłaniającej horyzont zabudowy, unicestwiona przez boga wojny i ponownie powołana do życia po roku 1945, moja już nie jest. Nie znam jej, gubię się w sieci ulic, potykam o rozsiane linie tramwajowe. Z jej licznego potomstwa znam z imienia tylko jedną córkę, ul. Górczewską. Nasza znajomość jest jednak bardzo powierzchowna. Imiona reszty rodzeństwa: ulic, placów i skwerów brzmią dla mnie zupełnie obco. Z "niemoją" Wolą sąsiaduje Ochota. Leżące w jej sercu Pola Mokotowskie, lotnisko, hale handlowe, najbardziej zapętlona w stolicy linia 157, Plac Narutowicza, i zniszczony wojną kościół św. Jakuba. To wszystko moje strony, moje autobusy, moje place, znajome mi drzewa, przyjazne twarze budynków. Dalej łączące Muranów i Ochotę Śródmieście. Zdefiniować można je przez jedno miejsce, warszawcy studenci nazywają je „niecką”. Niecka jest płaską, betonową powierzchnią, wielkości ok. 30 m2. Naprawdę nazywa się chyba „stacja metro-centrum”. Piszę „chyba”, ponieważ „niecka” od dawna i powszechnie używa swojej ksywki, a jej prawdziwe imię powoli odchodzi w niepamięć. Typowy dla niej jest nieustający gwar, wielobarwność strojów przemierzających ją przechodniów, ruch, a przede wszystkim pośpiech. Wieczne „5 min. temu”, „za 5 min.”, „zaraz będę”, „już dojeżdżam”, „przepraszam ale trochę się spóźnię”. Niecka zakrzywia czas. Przebywając w niej można być za wczesnie albo za późno, ale nigdy nie jest się w samą porę. Wreszcie nowe Stare Miasto. Fenomen na skalę Polski, Europy, a może nawet świata. Nowe bo zbudowane po wojnie. Stare, bo przypominające to czym było pomiędzy istnieniem jako kupa kamieni, a istnieniem jako kupa gruzów, czyli, też kamieni. Stare miasto też jest moje, nawet bardzo, bo jest moje-ulubione. c.d.n.
Jak tak opisujesz Warszawę, to jeszcze ją polubię...
OdpowiedzUsuńTak sobie rozmyślam, że w ciągu życia człowiek zawłaszcza (choć to brzydkie określenie...)coraz więcej sfer. Terka, Sanok, Rzeszów, Kraków, Wieliczka...całkiem tego sporo. Zapuszcza się korzenie, ale nie aż tak głębokie, żeby nie można było przeprowadzić się w kolejne miejsce. Ciekawe, czy nadchodzi taki moment, że korzenie zapuszcza się tak głęboko, że nie sposób się już przenieść...
Dzielimy sobie świat na "moje" i "nie-moje". I to na wszystkich możliwych płaszczyznach. Moje miasto, mój dom, moja szkoła, moja mama- to tylko wycinki w całej siatce "rzeczy" wewnątrzświatowych (przepraszam, sięgnęłam dziś do Heideggera i takie są efekty), punkty na naszej drodze. Takie zielone oazy w świecie:)
Aż sama mam ochotę pojechać do Warszawy i zobaczyć ją w ten sposób ;). Z tego wniosek, że wszystko może być ciekawe i piękne, o ile chce się je takim zobaczyć.
OdpowiedzUsuńZ tymi korzeniami wydaje mi się, że często jest inaczej. Zapuszczamy je, ale na jakiejś głębokości natykamy się na betonową poziomą ścianę, na taką jakby dużą doniczkę, i nie da się iść z pędami dalej. W takich chwilach człowiek czuje się ciasno w swoim obecnym miejscu, nachodzi go ochota na coś nowego, na przeprowadzkę, zmianę otoczenia. Może z czasem doniczki są większe... ;)