niedziela, 1 maja 2011

Gorączka sięga zenitu

Są takie chwile w egzystencji Fieber, że pulsowanie choroby zaczyna sięgać zenitu. Zwykle nagłe skoki temperatury biorą się z samego faktu gorączki, nie potrzebują żadnych katalizatorów z zewnątrz. Dziś jest inaczej, dziś czynnik zewnętrzny zrobił swoje i doprowadził do wrzenia. Nie wiadomo już, czy ogień podsycać, czy gasić i kto w ogóle powinien to zrobić. Gorączka jak gorączka- taka jej natura, że parzy. 

Czasem przekracza granice i spada na kogoś innego. I nie wiadomo, czy już narusza jego autonomię, czy jeszcze nie. Nie wie, na ile może ingerować. Czy jej jednostki mierzenia są takie same, jak nowego osobnika, którego dotyka. Czy są w tej samej grze językowej? Albo, co więcej- aksjologicznej? Nie wiadomo, wszystko się miesza, paruje, wrze, kipi, trudno odróżnić dwa niezależne podmioty...

Fieber się pogubiła. Zjada siebie samą za sprawą czynnika obcego. I nie wie, na ile może w ten czynnik zewnętrzny zaingerować. Bo wokół stoją Obserwatorzy, tacy niby to niezaangażowani, ale to tylko dlatego, że nie mają pojęcia, co się wokół rozgrywa. I Fieber nie wie: powiedzieć im, zarazić ich tą gorączką, czy zostawić w spokoju, bo i po co im wysoka temperatura. Oni się są ze świata Fieber, im Fieber nie pomoże, a czy zaszkodzi? Nie wiadomo.

Za dużo niewiadomych wokół Fiebra, za dużo, viel zu viel. I gubi się Fieber pośrodku gorąca, które sama wytwarza. Wróć- tym razem wytworzył je ktoś inny, a Fieber nie ma zielonego pojęcia, jak sobie z tym nieoczekiwanym wybuchem poradzić. 

5 komentarzy:

  1. U Pratchetta można spotkać Audytorów, postacie strzegące logiczny porządek wszechświata, które giną zyskawszy osobowość. Osobowość unicestwia.

    A co do gier:
    "Zwyciężyła, obracając łyżeczkę na obrusie o dziewięćdziesiąt stopni. Kombinacja trzech porcelanowych kubeczków paraliżowała maselniczkę. Pod chlebnikiem padły szklanki i kieliszki; śmiała szarża flakonika z bukiecikiem świeżych kwiatów unieruchomiła pancerniki talerzy metalowych. Nóż zatonął w błotnistej konfiturze. Słońce padało na serwetki; cień solniczki wskazywał lewy róg stołu. Odwody półmisków z wędlinami nie przybywały. Chleb był biały, drobnoziarnisty. Pozostało poddać sałatkę."
    Nie zna się zasad, ale się gra.

    OdpowiedzUsuń
  2. Się gra, oto cała prawda! Tyle, że "się" nie wróży nigdy nic dobrego. Się gra, się żyje, no to tak w ogóle to kto gra, skoro "się" gra?
    Się gra, a skutki ponosi już konkretny podmiot etyczny;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile ja we mnie? A może konsekwencje też "się ponosi"?

    Nie lubię "się". Wolę siebie. Chyba cała rzecz w tym, żeby wyłapywać wszystkie "się" i traktować je tak, jak no to zasłużyły, z sokratejską bezwzględnością ;).

    A co do Obserwatorów - są, obserwują, czy "przydarzają się"? Moe gorączka okaże się grypą sokratejską?

    OdpowiedzUsuń
  4. "Się" się nie lubi, jasna sprawa! To bardzo po heideggerowsku jest, a raczej- po kierkegaardiańsku; nawet będę o tym mówić na konferencji:D
    Z ponoszeniem konsekwencji ciężka sprawa. Chciałoby się, żeby to "się" je ponosiło, ale ono tylko sprawia taką ułudę, bo tak naprawdę to jednostkowo się je ponosi.
    Niezaangażowany obserwator to taka figura retoryczna, a może raczej konstrukt teoretyczny;w tym kontekście oznacza kogoś, kto jest spoza świata gorączkowego.
    A grypa sokratejska to co? Podoba mi się, pasuje! Ale czym się objawia?

    OdpowiedzUsuń
  5. Heidegger dalej śni mi się po nacach ;).

    Tak, konsekwenjce zawsze ponosi jednostka - ale na ile jednostka je przeżywa, a na ile "przeżywa się"? Zawsze kończy się dojściem do jednostki, czy możliwe jest, ze dochodzi się nigdzie, w nieskończoność idzie się w się?

    Grypa sokratejska, influenza socratiana - chorobliwie intensywne przejście do dialogicznej struktury ja, dwóch-we-mnie, z których jeden jest brzydkim, ale irytująco słusznym rozmówcą. Może wywoływać ciężkie powikłania osobowościowe.

    OdpowiedzUsuń